Piątek, 9 grudnia 2016. Imieniny Anety, Leokadii, Wiesława

Franciszkowskie opowieści

2013-08-15 12:00:00 (ost. akt: 2013-08-14 10:25:26)
Zapomniane miejsce

Zapomniane miejsce

Podziel się:

Początek wojny. W przydomowym ogródku bawi się mała Kazia. Nagle, za plecami słyszy zbliżający się warkot silnika. Odwraca głowę i widzi, jak samolot obniża lot. Dziewczynka jest przerażona, gdyż maszyna leci wprost na nią. Wtem wybiega z domu mama i zwinnym ruchem łapie dziecko na rękę. Niemiecki dwupłatowiec z czarnymi krzyżami o mało nie zaczepia kołami o dach. Siłą podmuchu strąca sznury z suszącym się praniem. Kobieta z dzieckiem na ręku wygraża pilotowi pięścią.

Tadeusz Manista
tadek.manista@op.pl

Ojciec kowal

Kazimiera Przyborowicz urodziła się w Poniatowie w roku 1934. Po roku nastąpiła przeprowadzka do pobliskiego Franciszkowa, skąd pochodził tata Stefan. Tutaj podjął pracę w majątku u p. Adriana Stefana Chełmickiego jako kowal. W dużym budynku warsztatowym mieściły się m. in. kuźnia i stolarnia. Tutaj powstawały nowe wozy konne, naprawiano urządzenia i maszyny. Ojciec Kazi miał pełne ręce roboty. Dla ludzi mających konkretny fach w ręku były to dobre czasy. Rodzice nie posiadali jednak ziemi.

Dziedzice Chełmiccy h. Nałęcz

Statecznym i cieszącym się bardzo dużym szacunkiem był obywatel ziemski p. Ludwik Cezary Chełmicki (1871 – 1938). Starszy wiekiem mężczyzna postrzegany był jako człowiek dobry i spokojny. Nigdy nie podnosił głosu, zawsze skory do pomocy. Wszyscy go lubili i nie wiedzieć czemu mówili na niego Karol. Adrian był synem Ludwika, jednak nie miał usposobienia ojca. Mówiono, że odziedziczył cechy charakteru po matce Marii (z d Karskiej). Był człowiekiem szorstkim w obejściu. Nie zjednywał sobie ludzkiej sympatii. Jednak dla ludzi pracujących w majątku najważniejsze było to, że dziedzic płacił za pracę na czas. Były też osłony socjalne w postaci ubezpieczenia. Gdy ktoś w rodzinie pracownika majątku zachorował, dziedzic wyznaczał podwodę. Chory był wówczas wieziony do Żuromina, do dra Zaborowskiego. Niestety, stan czworaków, w których mieszkali, pozostawiał wiele do życzenia.

Żoną Adriana była Felicja z d. Zembrzuska. Bardzo interesowała się losem pracowników majątkowych i ich rodzinami. Częste odwiedziny przekładały się na konkretną pomoc.

Czas pomoru

Stefan Przyborowicz urodził się w roku 1897. Trzy lata wcześniej wybuchła w okolicy epidemia cholery. Nie ominęła też Franciszkowa. Jedno z jego rodzeństwa zmarło na tę straszną chorobę. Nie można było dokonać pochówku na cmentarzu w Poniatowie, więc rodzice Stefana pogrzebali swoje dziecko za wsią, na niepoświęconej ziemi. Nie było czasu, aby pogrzeb odbył się z udziałem księdza. Nie można było dopuścić, żeby epidemia rozszerzała się. Zwłoki trzeba było zakopać szybko i głęboko, przesypując dół wapnem. Niestety, zabiegi te na niewiele się zdawały, bowiem nie było na cholerę lekarstwa. Wierzono, że nacieranie spirytusem może odwrócić chorobę. W większych miastach stały u bram beczki z tym alkoholem, żeby przybywający do miasta mogli się „natrzeć”. Czasem zabieg ten pomagał nawet chorym. Niestety rzeczywistość była przerażająca i smutna. Wymierały całe rodziny a nawet wsie. Trudno jest umiejscowić w czasie pewien przypadek z Będzymina, gdzie z jednego z pomorów ocalał tylko jeden mężczyzna. Poza nim wymarła cała wieś. To dobitnie świadczy o rozmiarach tragedii.

„Cmentarzyk”

Na zachodnim skraju wsi, tam, gdzie złożono dzieci zmarłe na „zarazę”, mieszkańcy posadzili drzewa i postawili kamień nagrobny. Był to polny kamień ociosany z jednej strony, z osadzoną w nim kutą karawaką (krzyż z dwoma ramionami stawiany na odwrócenie pomoru). Posadzili też białe i amarantowe róże. Miejsce to zaczęli nazywać „Cmentarzykiem”. W czasie epidemii, w omawianym roku, zmarło też dziecko pp. Chełmickich, jednak nie zostało pochowane na miejscu, lecz na cmentarzu w Poniatowie, w grobowcu rodzinnym. W pamięci potomnych nie zachowały się wspomnienia o grzebaniu dorosłych franciszkowian. Od chwili założenia „Cmentarzyka” opiekę nad nim roztoczyli rodzice Stefana Przyborowicza. Do 1963 r. „Cmentarzykiem” opiekował się p. Stefan. Po nim pałeczkę przejęła jego córka.

Pierwszy dzień wojny

W przydomowym ogródku bawi się mała Kazia. Nagle, za plecami słyszy zbliżający się warkot silnika. W oczach dziecka maluje się przerażenie. Odwraca głowę i widzi, jak wielki samolot wylatuje zza obory i obniża lot. Huk rozrywa powietrze. Maszyna leci wprost na nią. Wtem wybiega z domu mama i zwinnym ruchem łapie dziecko na rękę. Niemiecki dwupłatowiec z czarnymi krzyżami o mało nie zaczepia kołami o dach domu. Siłą podmuchu zrywa sznury z suszącym się praniem i zrzuca je na ziemię. Kobieta z dzieckiem na ręku wygraża pilotowi pięścią.

Gospodarz niemiecki (Majchifer lub Szangolis) tuż po objęciu franciszkowskiego majątku wypędził dziedziczkę – Felicję Chełmicką. Mająca „na dniach” urodzić swoje pierwsze dziecko, poszła pieszo do dworku w Kliczewie. Tam przyjęta przez gospodarzy wkrótce urodziła córkę. Jej mąż Adrian wcielony do Polskiej Armii brał udział w wojnie obronnej 39 r. Po jej zakończeniu dostał się do niewoli.

Tuż po wybuchu wojny mieszkańcy postanowili uciekać. Pewna kobieta przerażona grozą sytuacji zaczęła chodzić pomiędzy wozami i złorzeczyć: „Ta łysa pała, ile nam ona biedy narobiła, musimy teraz uciekać”. 5-cio letnia Kazia opuszczała wieś wraz z rodzicami. Przemieszczali się wozem z majątku wypełnionym sprzętami domowymi i prowiantem. Dojechali do wsi Polik i zatrzymali się na odpoczynek w dużym sadzie. Tu spędzili noc. Rankiem naradzali się, a stwierdziwszy, że wojna będzie trwała wszędzie, postanowili wrócić do domu. Obawiali się o pozostawione domy i gospodarstwa.

Bomby na Franciszkowo

Niemiecki bombowiec wracający z rejsu nad Warszawę zniża lot i tuż za wioską zrzuca swój ładunek. Wydaje się, że nie chciał dokonać zrzutu na zabudowania. Bomby spadają na pole p. Puchalskiego „przy mostku”. Żadna z 5-ciu bomb nie wybucha.

Po wojnie saperzy odnajdą 4 bomby. Ta nieodnaleziona spoczywa w tym miejscu do dziś.

Dziedzic w Konzentrations Lager Soldau

Cyrankowski Antoni z Poniatowa podjął się niebezpiecznego zadania. Postanowił odszukać w działdowskim obozie zaginionych członków rodziny. Działania wojenne zakończyły się, a oni nadal nie wracali. Chodziły słuchy, że wielu osadzono w Działdowie i że panuje tam głód. Antoni załadował więc na rower worek pełen chleba i pojechał w kierunku Działdowa. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nikogo z rodziny już nie ma. Spotkał za drutami dziedzica z Franciszkowa, Adriana Chełmickiego. Dziedzic bardzo się ucieszył z widoku krajana. Antoni zostawił mu cały wór chleba.

Spojrzeniem moim

Zapomniane lub nieznane dzieje odkrywam na kartach tej gazety. Lecz nie tylko. Przywracanie pamięci o miejscach takich jak „Cmentarzyk”, to jak odradzanie historii, którą można dotknąć, zobaczyć. Pierwsze prace na nim zostały już przeprowadzone. Jeżeli zobaczysz gdzieś, kiedyś, znicz lub kwiaty, bądź pewien, Drogi Czytelniku, że historię tego miejsca poznasz.

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Tadeusz Manista #1639815 | 178.42.*.* 19 sty 2015 23:16

    Bardzo proszę.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Asia #1634918 | 83.18.*.* 15 sty 2015 09:25

    Moi przodkowie mieszkali we Franciszkowie przez jakieś 100 lat, dziękuję za ocalenie tych historii przed zapomnieniem.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz