Niedziela, 11 grudnia 2016. Imieniny Biny, Damazego, Waldemara

Powiewy wolności – 4

2013-11-12 12:00:42 (ost. akt: 2013-11-12 12:04:06)

Podziel się:

Strzał. Zbyszek poczuł przeszywający ból w przedramieniu. Właśnie otarł się o śmierć. Ta jednak przyszła po towarzysza broni siedzącego naprzeciwko. Wyprężone ciało kolegi spoczęło na ręku Zbyszka. Ten zdjął szybko z niego ocieplaną „panterkę” i odsłonił bluzę. Pod żebrami podwładnego widniał niewielki otwór po kuli. Wbrew zakazowi „Skot” opuścił Hotusickie lotnisko, wioząc rannego na pokładzie. Piątka towarzyszy odprowadzała wzrokiem mknący transporter dopóki nie znikł im z oczu. Stali w strugach deszczu niepewni o życie kolegi. Mogło to spotkać każdego z nich.

Tadeusz Manista
tadek.manista@op.pl

Na obstawie

Już od wczesnych godzin porannych towarzysze broni stali swoim transporterem pomiędzy pasem dojeżdżającym a startowym lotniska. Godziny mijały monotonnie. Żeby się nie nudzić czyścili broń, rozmawiali, grali w karty. Kiedy zaczął padać deszcz, jeden z nich został na zewnątrz, na czatach, natomiast pozostała szóstka skryła się w środku. Zmieniali się co 15-20 minut. Służba mijała spokojnie, wręcz leniwie. Zbyszek wraz z kompanami siedział wewnątrz. Pora była na kolejną zmianę, więc jako dowódca drużyny wydał dyspozycję kolejnemu: „Zmień go”. Żołnierz ociągając się, odparł: „Za chwilę, tylko jeszcze dokończę oliwienie broni”. Po wykonaniu tej czynności należało sprawdzić prawidłowość złożenia broni po czyszczeniu. Odciągnął więc suwadło, wprowadzając bezwiednie nabój do komory. Żaden z siedzących nie zauważył, że pod karabin podpięty już został magazynek z nabojami. Teraz wystarczyło zwolnić naciągnięty mechanizm poprzez naciśnięcie spustu. Kiedy to się stało – padł strzał.

Umierający kolega

Kula rozpruła Zbyszkowi mięśnie przedramienia. Ranny chłopak zaczął krwawić, jednak w o wiele gorszym położeniu znalazł się siedzący naprzeciwko. Został trafiony pod żebrami. Jego ciało w tym momencie wyprężyło się, zawołał: „Umieram”. Znajdujący się obok Zbyszek, nie zwracając uwagi na własną ranę, zwinnym ruchem zdjął szybko z niego ocieplaną „panterkę” i odsłonił bluzę. Pod żebrami podwładnego widniał niewielki otwór wlotowy po kuli. Dopiero po odwróceniu go zobaczył znacznie większą ranę. Kula przeszyła go na wylot. Leżała obok. Jako dowódca drużyny Zbyszek musiał decydować szybko. Decyzja nie była łatwa, gdyż pod żadnym pozorem nie wolno im było opuścić miejsca postoju. Nie mógł jednak pozwolić umrzeć rannemu koledze. Wydał komendę: „Z wozu!” i wyskoczyli pośpiesznie z pojazdu. Kierowca odpalił silnik i popędził czym prędzej skrótami do obozowiska. Na pokładzie „Skota” wiózł umierającego. Piątka kompanów pozostała na miejscu, przypatrując się znikającemu w oddali transporterowi. Zbyszek nie dał poznać po sobie, jak bardzo doskwiera mu rana postrzałowa ręki.

W oczekiwaniu

Żołnierz z przestrzelonym brzuchem trafił natychmiast do radzieckiego lekarza wojskowego. Ten zadecydował, że powinien być natychmiast operowany. Zatelefonował do Legnicy, gdzie znajdował się szpital wojsk radzieckich. Otrzymał natychmiastową odpowiedź, że już wysyłają śmigłowiec po rannego. Oczekiwanie dłużyło się. Po 4 godzinach maszyny nadal nie było. Dowództwo zadecydowało o przetransportowaniu postrzelonego do pobliskiego Czaslav. Radziecki lekarz chciał uczestniczyć w operacji żołnierza, jednak personel szpitala czeskiego na to nie zezwolił. Po skończonej operacji prowadzący lekarz czeski wyszedł z załzawionymi oczyma i poinformował, że polski wojak zmarł. Obwiniał lekarza radzieckiego za to, że tak długo czekał, i że powinien był dostarczyć chłopaka jak najszybciej do tego szpitala. Były duże szanse na jego uratowanie. Powiedział też, że ranny wykrwawił się do wewnątrz.

Z widłami na żołnierzy

Ciało żołnierza zostało przywiezione do Polski, do Mińska Mazowieckiego. W jednostce WSW przygotowano pojazd oraz kompanię reprezentacyjną do pochowania zmarłego z wszystkimi honorami. Kiedy kondukt dotarł do wsi, z której pochodził żołnierz, czekała na niego niemiła niespodzianka. Mieszkańcy zobaczywszy sporą ilość wojska „ przywitali” go widłami. Rozsierdzeni wykrzykiwali przy tym i odgrażali się: „Robiliście na niego polowanie, aż w końcu zabiliście go!”

Przyczyną, dla której taka sytuacja zaistniała, był list zmarłego żołnierza, jaki napisał wcześniej do swojej narzeczonej. Informował w nim, że został postrzelony przez żołnierza na poligonie. W rzeczywistości nie został postrzelony, lecz trafił go w piszczel odłamek łuski. Świadkiem tego wydarzenia był Zbyszek. Jego świadectwo mogłoby być bezcenne, jednak był zbyt daleko.

Możliwym jest, że „wystąpienie” miejscowej ludności było swego rodzaju formą protestu przeciwko wysyłaniu ich ziomków na wojnę w Czechosłowacji.

Na warcie

Po kilku miesiącach wspólnej służby, pomiędzy Polakami, Czechosłowakami, a Rosjanami zaczęła się nawiązywać współpraca. Na wspólną wartę wystawiano po dwóch z każdej narodowości. Kiedy Zbyszkowi przypadła kolejna warta, obserwował Czecha. W końcu podszedł do niego i spróbował dogadać się: „Stoisz z tym kijem (tu w znaczeniu bronią bez naboi), i jak będziesz z niego strzelał?”. Patrony (naboje) do niego masz?”. Czech odpiął magazynek i pokazał, że jest pusty. Zbyszek uśmiechnął się. Po chwili sięgnął do kieszeni, wyjął garść ostrej amunicji, po czym odpowiedział: „A mam!”. W tej chwili Zbyszek zrozumiał, że nie wszystko wygląda tak, jak się z pozoru wydaje. Jeśli ten żołnierz ma czym strzelać, to mają i inni. Jeżeli tak, to groźba konfliktu z Czechosłowakami stawała się bardziej realna, niż dotychczas przypuszczał. Uśmiech z ust Polaka zniknął.

Ja nie Karol…

U Rosjan, zarówno sztabie, jak i w kuchni pracowało wiele młodych Rosjanek. Szef kompanii Zbyszka przed 15-stym października otrzymał awans ze starszego kaprala na plutonowego. Dumny ze swoich 4 belek na epoletach odbył wyprawę do dziewczyn. Wracając wieczorem z zalotów, przypatrywał się na przemian swoim ramionom, świecąc na nie latarką, Nagle zelektryzował go głos radzieckiego wartownika stojącego w ukryciu za samolotem: „Stoj, kto idziot? Daj parol!” Plutonowy zatrzymał się i odpowiedział: „ Ja nie Karol, ja Józek!”. „Idzi” – zawołał Rosjanin. Kiedy rano opowiedział o zajściu kompanom, śmiechu było co niemiara. Do końca służby nazywano go „Karolem”.

Od autora

Z przyczyn niezależnych ode mnie, w artykułach „ Powiewy wolności” cz 1 i 2, nie zostały wydrukowane czeskie znaki „cz”. Pragnę dopowiedzieć, że w słowie „ aslav” brakuje pierwszej litery „C” z niewielkim „v” nad nią. W związku z powyższym, już w niniejszym artykule umieszczam fonetyczną nazwę polską „Czaslav”. Za niedogodność przepraszam.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB