Sobota, 10 grudnia 2016. Imieniny Danieli, Bohdana, Julii

Powiewy wolności – 5

2013-12-04 10:34:36 (ost. akt: 2013-12-04 11:15:21)
Czołgi na ulicach miasta fot w zbiorach prywatnych - autor nieznany

Czołgi na ulicach miasta fot w zbiorach prywatnych - autor nieznany

Podziel się:

Po udaniu się do lekarza wojskowego zostali uznani za chorych na świerzb a następnie skierowani do izby chorych. Pielęgniarki zajęły się „zarażonymi”, przynosząc im pojemnik śmierdzącego smarowidła, którym mieli się wysmarować „od stóp do głów” (wyłączając okolice oczodołów). Na nic zdały się tłumaczenia, że są zdrowi, i że tylko symulują. Pielęgniarki wyjaśniły grzecznie, że muszą się posmarować, gdyż w przeciwnym wypadku to oni zarażą się od innych chorych.

Tadeusz Manista
tadek.manista@op.pl

Na radzieckim żołdzie

Zbyszek, tak jak i pozostali koledzy z kompanii wciągnięci byli na radziecką listę do wypłacaniu żołdu. Jako szeregowy otrzymywał od nich 10,50 rubla. Oprócz tego wypłacano mu 80 zł miesięcznie polskiego żołdu oraz dodatek wojenny 5 zł + paczka papierosów dziennie. Dla palących utrapieniem było to, że przysługującą paczkę papierosów zaczęto dawać dopiero po 3 tygodniach od chwili przyjazdu. Polacy mogli korzystać z kuchni radzieckiej i czynili to. Obsługa kuchni wydająca posiłki, widząc towarzyszy polskich, nakładała im większe i lepsze porcje. Z czasem zawiązały się przyjaźnie.

Towarzysze broni

Radziecki pułk stacjonujący wraz z polskim w Hotusicach został przerzucony do Czechosłowacji drogą powietrzną z Ukrainy. Byli to dobrze wyszkoleni żołnierze, posiadający specjalności w różnych dziedzinach lotniczych. Dla Polaków zdziwieniem był fakt, że na warcie można było spotkać nawet sierżanta (jako wartownika). Czas wspólnej służby utworzył pewne zażyłości pomiędzy Polakami a Rosjanami. Sowieccy żołnierze opowiedzieli o wypadku sprzed paru lat, w którym zginął Jurij Gagarin – wówczas zastępca dowódcy tego pułku.

W owym czasie (27 marca ‘61r.) pijany Gagarin rozkazał przygotować samolot do lotu, po czym usiadł za jego sterami. Pilot – kosmonauta wykonał w powietrzu kilka ewolucji. Z ostatniej nie mógł wyprowadzić maszyny i runął na ziemię.

Symulanci

Rysiu Wiśniewski - kolega Zbyszka pochodzący z poznańskiego, przyszedł do kompana z propozycją: „Zachorujmy”. - „No jak to, zachorujmy? Przecież jesteśmy zdrowi!” – dziwił się Zbyszek. -„Gdybyśmy zachorowali, to wezmą nas na izbę chorych, a tam sobie odpoczniemy”- kontynuował. Zbyszek zgodził się. Rysiu przyniósł gałązki sosny, poczym potarł nimi w kilku miejscach i to samo zalecił uczynić koledze. W krótkim czasie obsypały ich – w miejscach potarcia – krosty. „No to teraz jesteśmy chorzy” – oznajmił. Po udaniu się do lekarza wojskowego zostali uznani za chorych na świerzb a następnie skierowani do izby chorych. Pielęgniarki zajęły się „zarażonymi” przynosząc im pojemnik śmierdzącego smarowidła, którym mieli się wysmarować „od stóp do głów” (wyłączając okolice oczodołów). Na nic zdały się tłumaczenia, że są zdrowi, i że tylko symulują. Pielęgniarki wyjaśniły grzecznie, że muszą się posmarować, gdyż w przeciwnym wypadku to oni zarażą się od innych chorych. Z takimi argumentami nie dyskutowali – wysmarowali się „paskudztwem” cali. Był tylko niewielki problem. Wszystko, czego dotknęli, lub czego się dotknęli – przylepiało się. No, ale czegóż się nie robi dla odpoczynku od służby, zwłaszcza trwającego 3 tygodnie.

Namiętny palacz

Zbyszek ciągle borykał się z brakiem papierosów. Zauważywszy u kolegi stojącego na warcie „lepsze fajki” zapytał, skąd je ma. Tym sposobem dostał namiary na Rosjan, u których można było je zdobyć. Udał się więc do wskazanego człowieka (był nim szef jednej z kompanii) i zapytał, czy posiada cygarety. „A kak ty priszoł?”- zapytał Rosjanin. „Jak to jak, normalnie”- odpowiedział chłopak. Rosjanin się zreflektował i inaczej postawił pytanie: „A mieszok u tiebia jest?”. „Nie”- odparł Zbyszek. „No to idzi po mieszok”. Nasz szeregowy czym prędzej udał się do namiotu po swój plecak i opróżniwszy go wrócił do szefa. Rosjanin obdarował go hojnie trzystoma paczkami, wypełniając plecak po brzegi kilkoma gatunkami papierosów. Nie wziął za nie nawet grosza. Zbyszek dostał też mocną „machorkę” do skrętów. Podzielił się z kompanami, zostawiając część dla siebie.

W odwiedziny

Wraz z kilkoma kolegami Zbyszek udał się do czeskiego szpitala. Przebywał w nim ich chory kompan. Personel nie stwarzał żadnych problemów z odwiedzinami przez Polaków. Kiedy tylko znaleźli się w sali, chory żołnierz poczuł się raźniej. Kompani rozmawiali, żartowali, czas płynął szybko. Kiedy zbierali się do wyjścia, Zbyszek zapytał chorego półżartem, czy nie boi się o swoje życie, bo przecież jest okupantem. Zamiast odpowiedzi, odwiedzający zobaczyli odkrytą kołdrę, spod której wystawał załadowany PMK. Nikomu nie było do śmiechu.

Tymczasem w Żurominie

Anna – żona Zbyszka – przeczytawszy w jednej z ogólnopolskich gazet artykuł o sobie i jej mężu, postanowiła pójść do władz powiatowych i wyjaśnić zawarte w nim kłamstwa. Z artykułu wynikało bowiem, że rodzina Zbigniewa Ejnika przebywającego w tym czasie w Czechosłowacji została otoczona opieką. Prawda była zupełnie inna. Nikt nie interesował się losem jej i jej rocznego dziecka. Co więcej, kiedy starała się o przydział mieszkania, odmówiono. Jej nazwisko „wyparowało” z kolejki oczekujących. Kobieta była rozgoryczona. Gnieździła się z synem w domu rodzinnym o jednej izbie i kuchni. W tej izbie mieszkało w sumie 7 osób. Sekretarz partii udzielił Annie odpowiedzi, że był w urzędzie redaktor z gazety, oraz że treść wypowiedzi została w tym artykule zmieniona. Interwencja Anny u władz w niczym nie poprawiła położenia rodziny.

Relacje z Czechami

Dowództwo polskie informując żołnierzy o realnym zagrożeniu ze strony Czechosłowaków, utrzymywało wzmożoną czujność. Rzekomo mieli oni dezerterować z wojska i tworzyć partyzantkę. Nikt z szeregowych żołnierzy polskich nie był w stanie sprawdzić prawdziwości podawanych informacji. Jedno wiedzieli na pewno – trzeba było mieć się na baczności. Nie przeszkadzało to im jednak w kontaktach z Czechami. Szukający wrażeń wymykali się na „lewiznę” aby nawiązywać bliższe kontakty z miejscowymi. Najczęstszymi miejscami spotkań były gospody. Znajdowały się w każdej, nawet najmniejszej miejscowości. Ludność Czeska oswoiła się z widokiem polskiego wojska. Przestał więc dziwić widok żołnierzy siedzących w karczmie przy kuflu z piwem. Tam, gdzie nie doszło wcześniej do żadnych zajść, Czesi nie traktowali Polaków wrogo, jednak Polacy postrzegani byli jako okupanci. Na fotografiach będących w plecaku Zbyszka aż za dobrze było widać efekty poczynań wojsk okupacyjnych. Czechosłowacy mówili wprost o „napadzie” na ich kraj.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB