Niedziela, 4 grudnia 2016. Imieniny Barbary, Hieronima, Krystiana

„Spychów” – miejsce pełne magii

2014-01-22 12:14:02 (ost. akt: 2014-01-22 12:14:54)
Spychów rys. Katarzyna Szczechowicz

Spychów rys. Katarzyna Szczechowicz

Podziel się:

Nieopodal wsi Gołuszyn położone jest malownicze miejsce – „Gołuska Wyspa”, nazywana też „Kępą Juranda”. Jeszcze w latach 60 – tych ub. wieku Wkra wiła się tu leniwie, tworząc meandry będące ostoją dla ptactwa i opływała niedostępny i tajemniczy wzgórek. Henryk Sienkiewicz urzeczony jej widokiem i legendami osadził tu swojego powieściowego komesa Juranda i córkę Danusię.

Tadeusz Manista
tadek.manista@op.pl

Rozpoczynamy wędrówkę

Na południowo-zachodnim krańcu wsi Gołuszyn leży „Kępa Juranda”. Jest to obszar o pow.5 ha. Miejsce to niegdyś było wyspą, dziś natomiast jest grądem liściastym. Stanowi on fragment rezerwatu przyrody o nazwie „Gołuska Kępa” o pow. 9,90 ha. To bardzo malowniczo położone wyniesienie terenu. Nawet dzisiaj trudno jest dostać się na „wyspę”. Chociaż nie ma wokół niej wody, teren nadal jest podmokły. Z drogi łączącej Bielawy Gołuskie z Gołuszynem musimy skręcić w prawo, tuż za tablicą informacyjną o interesującym nas miejscu.

Groblą do dworzyszcza

Nasze zwiedzanie będziemy odbywali w dwóch przeplatających się płaszczyznach – poznawania miejsca oraz historycznej.

Zbliżając się do legendarnej siedziby Juranda od strony północnej, już z daleka dostrzegamy kępę potężnych drzew. Po prawej ręce przepływa rzeka Luta, która w rzeczywistości jest w tym miejscu rowem. Jeśli będziemy mieli trochę szczęścia i nie będzie zbyt mokro, to po przejściu niewielkiej łączki wejdziemy na teren. Tu od razu uderzy nas panujący półmrok i setki rozpadających się domków lęgowych dla ptaków. Jedne wiszą jeszcze na drzewach, a inne leżą już obok. Zanim dotrzemy do właściwego miejsca, musimy przedrzeć się przez zarośla i krzewy rosnące pośród olch.

Żywe „pomniki historii”

Po dotarciu do najpotężniejszych jaworów i jesionów mających po kilka metrów w obwodzie stwierdzimy, że niemal w całości zasłaniają niebo. Warto w tym miejscu zatrzymać się, dotknąć dłońmi ich kory, zamknąć oczy, i wsłuchać się w szum, który wydają. Jest to ten sam majestatyczny szum zaklęty w ich konarach, który towarzyszył mieszkańcom wyspy kilkaset lat temu. To poprzez niego możemy poczuć swego rodzaju łączność z przodkami. Zwróćmy też uwagę na głazy tu i ówdzie przyprószone liśćmi. Być może stanowiły fundament jakiejś budowli, a może nawet zamku komesa.

Drzewo rytualne?

Pośród tysięcy podobnych do siebie drzew odnalazłem w roku 2003 okaz wyjątkowy, który mógł służyć celom rytualnym. Otóż wyrasta on z jednego pnia, po czym rośnie jako dwa drzewa, aby w końcu na wysokości kilku metrów stać się ponownie jednym drzewem. Wziąwszy pod uwagę fakt, w jakim miejscu ono rośnie, doszedłem do przekonania, że jest mało prawdopodobne, żeby był to wytwór natury. Skłonny jestem wysnuć tezę, że rozszczepiono je celowo, w pewnym określonym celu. W średniowieczu praktykowane były zabiegi mające na celu przywrócenie zdrowia choremu, poprzez przeprowadzenie go przez wnętrze drzewa. Po takim „przejściu” chory miał odzyskiwać zdrowie.

Przewodnik

Kiedy po raz pierwszy powziąłem zamiar zwiedzenia tego legendarnego miejsca, moim przewodnikiem stał się przypadkowo spotkany mieszkaniec Gołuszyna. Znał legendy, pokazywał, tłumaczył. Opowiadał o fragmentach murów z cegieł i kamienia, które stały na wyspie jeszcze w latach 50-tych. Bez wątpienia były to pozostałości budowli (potwierdziły to badania archeologiczne przeprowadzone w 1963 r. W chwili, gdy oglądaliśmy to miejsce, nie było po nich ani śladu. Z pewnością jej resztki zostały rozebrane. Innym, bardzo ciekawym miejscem wskazanym przez mojego przewodnika był głęboki rów, który powstał na początku lat 60-tych. Jego zadaniem było odprowadzenie wody do głównego koryta Wkry. Zadanie swoje spełnił i wówczas „Wyspa Gołuska” przestała być wyspą. Nie to jest jednak najistotniejsze. Najważniejsze były znaleziska cegły „palcówki” na różnej głębokości. Kiedy robotnicy prowadzący prace melioracyjne próbowali potłuc ją młotkiem, ta skutecznie opierała się uderzeniom. W czasie naszej wędrówki doszliśmy w końcu do miejsca, które zrobiło niegdyś na mnie spore wrażenie i to z dwóch powodów. Pierwszym były jego rozmiary, drugim legenda z nim związana. Był to rozległy wykop w formie prostokąta o wym. ok. 20x15m.i głębokości ok. 0,5m. Jak głosi przekaz, miał w tym miejscu stać zamek Juranda, który zapadł się pod ziemię. Ile w tym prawdy?

Co skrywa ziemia?

Kiedy w czasie naszej wędrówki znajdziemy się po drugiej stronie „wyspy”, od strony wsi Siciarz, warto zapamiętać, w którym miejscu wyszliśmy z grądu. Ma to duże znaczenie, o czym będzie na końcu. Idąc przez łąki na wprost, dotrzemy na lewy brzeg Wkry. Stoimy w miejscu nieistniejącej budowli. W 1963 r, podczas prac przy regulacji Wkry, odkryto 5 rzędów ociosanych drewnianych pali (25x25cm) na głębokości 1,2 m, przy czym pozostawiono je w ziemi. Takie pale znajdują się też na przeciwległym brzegu rzeki. W tym miejscu można by snuć różne hipotezy na temat przeznaczenia tychże pali.

Luta

W odległości ok. 150 m od omawianej palisady wpada do Wkry rzeka Luta. Bierze ona swój początek w Żurominie, przy warsztatach autobusowych. Onegdaj, wędrując po „Kępie Juranda”, zastanawiałem się, czy Henryk Sienkiewicz dokonał zapożyczenia od nazwy tej rzeczki i wykorzystał ją w „Krzyżakach”, nadając nazwę gospodzie - „Pod lutym turem”. To samo dotyczy powieściowego Spychowa.

Spychalscy

Nasz powieściopisarz, przebywając w gołuszyńskim dworku u dziedziców Przybojewskich, zbierał materiały do swojej powieści. Pływał łodzią po rozlewiskach Wkry ze Spychalskimi – miejscowymi rybakami. Prawdopodobnie to od ich nazwiska gród Juranda został nazwany Spychowem.

Tajemnicze miejsce

Powróćmy na „wyspę”, żeby odnaleźć ustronne miejsce położone w południowo – wschodniej części. Tu, pomiędzy drzewami, można dostrzec coś na kształt grobów (są zorientowane na osi wschód-zachód). Nie ma krzyży ani kamieni nagrobnych, jednak ma się nieodparte wrażenie, że jesteśmy na cmentarzysku.

Spojrzeniem moim

Ilekroć w samotności przebywałem na „Kępie Juranda”, nie mogłem oprzeć się wrażeniu czyjejś obecności. Było to silne uczucie, które w pewnych momentach przyprawiało o dreszcze. Żadne jednak opowiadanie nie zastąpi osobistych przeżyć. Zapraszam Cię więc drogi Czytelniku do odwiedzenia miejsca, w którym czas się zatrzymał. Aha! I jeszcze jedno - zapamiętaj dobrze drogę powrotną, szczególnie, gdy będziesz tam po raz pierwszy. Niech moje osobiste doświadczenie będzie przestrogą. Otóż w pewne grudniowe popołudnie zmierzch zapadł tak szybko, że nie mogłem odnaleźć ścieżki powrotnej na wyspę. Wydała mi się wtedy posępna i złowieszcza. Byłem bez latarki, jedzenia i ciepłego ubrania. Czekała mnie noc w obcym, podmokłym terenie. Czy mogło być gorzej? Mogło!!! - jednak o tym jeszcze nie wiedziałem… Moja niefrasobliwość została ukarana. Może to duch Juranda założył mi opaskę na oczy? Może chciał, żebym poczuł jak to jest?

A Ty, czy szedłeś, szłaś, kiedyś, przez nieznany las nocą, po omacku?

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. maro--- #2009579 | 46.170.*.* 12 cze 2016 14:19

    Byłem widziałem i przechodziłem przez drzewo rytualne , atmosfera ciekawa a sama wyspa chociaż w okół trudno dostępna posiada sporo ścieżek porośniętych konwaliami .

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz