Niedziela, 4 grudnia 2016. Imieniny Barbary, Hieronima, Krystiana

Przeminęło - powróciło

2014-06-10 14:36:37 (ost. akt: 2014-06-10 14:37:29)
Chamsk – parcele. Praca przy kręceniu torfu

Chamsk – parcele. Praca przy kręceniu torfu

Autor zdjęcia: fot. w zbiorach autora

Podziel się:

Epoki mają tę właściwość, że przemijają. Wraz z ostatnim bochnem chleba upieczonym w piecu chlebowym odeszła jedna z nich. Wskrzesić jej rzecz niepodobna, jednak można ją przywołać i pokazać chociaż w małej części. „Dawne gospodarstwo ziemi żuromińskiej” to tytuł wystawy zorganizowanej przez Żuromińską Grupę Historyczną. Można ją oglądać w Żuromińskim Centrum Kultury do końca czerwca. Dla wielu spośród oglądających stała się podróżą w czasie.

Tadeusz Manista
tadek.manista@op.pl

Len

Len wysiewano na pola wiosną a zbierano w sierpniu. Dojrzały, rwany był ręcznie. Wiązano go w niewielkie pęczki i ustawiano w „stygi”. Po wysuszeniu len poddawano dalszej obróbce. Przede wszystkim obrywano ręcznie „makówki” (torebki nasienne) i młócono, rozgniatając je. Nasiona lnu wyciskane były na zimno w specjalnej prasie do tłoczenia. Takie prasy znajdowały się w Bieżuniu i Żurominie. Czysty olej służył do przygotowywania potraw.

Słoma lniana trafiała tymczasem do „torfniaków” z wodą, gdzie poddawano ją moczeniu. Zatopiona leżała ok. miesiąca. Po tym czasie wyławiano ją z wody i rozkładano na łące do wysuszenia. Dalsze suszenie odbywało się w specjalnie przygotowanych dołach, głębokich na ok. 1,7 m. i średnicy ok. 2 m. Na dole wykopu znajdowało się palenisko opalane torfem. U góry zaś ułożony był ruszt z drewnianych drążków, na których rozkładano len. Tak przygotowaną słomę poddawano jesienią „miądleniu”. Czynność ta miała na celu wydobycie włókien lnianych ze środka łodygi, a polegała na łamaniu jej w specjalnym, drewnianym urządzeniu. Wydobyte ze środka włókna czesano na grzebieniu tegoż urządzenia. Od kilkunastu do kilkudziesięciu włókien przeciągano przez metalowe zęby grzebienia, aby pozbyć się resztek słomy. Tak przygotowane włókna można było poddać przędzeniu na wrzecionie lub kołowrotku. Najczęściej jednak wykonywano z nich płótno na worki i chodniki tkając na domowych krosnach. Krosna takie można było spotkać w niemal każdym gospodarstwie.

Żniwa

Praca przy żniwach rozpoczynała się o godzinie 7 rano. Najczęściej ubierano się w płócienne ubiory, gdyż te najlepiej nadawały się do pracy w upale. Jeśli upał dawał się bardzo we znaki, robiono przerwę ok. godz. 10. Kosiarze szli w odstępie jeden za drugim, odkładając skoszone zboże na tzw. „ścianę”, a za nimi podążały kobiety z sierpami, zbierając w pęczki to, co zostało skoszone. Pęczki wiązały „powrósłami” ze słomy i odrzucały je na bok. Ścięte i powiązane zboże stawiano w „stygi”. Były to ustawione w stożek pęczki słomy liczące do kilkudziesięciu sztuk.

Około południa robiono przerwę na obiad. Wszyscy pracujący udawali się do gospodarza u którego pracowali, a gospodyni raczyła przybyłych obiadem. Po nim następował długi odpoczynek. Pracę rozpoczynano powtórnie ok. 14 – 15-stej i trwała ona do wieczora.

Dla zaspokojenia pragnienia przygotowane były: czysta woda, kawa zbożowa, kawa z mlekiem i piwo z podpiwku. Późnym popołudniem żniwiarze zjadali podwieczorek, który gospodyni przynosiła na pole.

Młócka

Zboże stojące na polach zwożono po wysuszeniu wozami drabiniastymi do stodół. To, co nie zmieściło się w środku, ustawiano w stogach na dworze. Zaczynały się omłoty. Praca przy młócce rozpoczynała się rankiem. Młockarnia napędzana była silnikiem spalinowym (Esem) za pomocą długiego pasa transmisyjnego. Obsługa tej młockarni wymagała pracy 10-ciu osób. Jak wieś długa i szeroka terkotały młockarnie aż do zachodu słońca. W gorącym powietrzu czuło się zapach młóconego zboża.

Do młyna

Omłócone zboże sypano do worków, a następnie ładowano na wozy konne i wywożono do młyna. Młyny w Poniatowie, Brudnicach czy Bieżuniu pracowały w sezonie pełną parą. U p. Budzicha w Brudnicach, we młynie wodnym, ziarno zamieniane było w mąkę. Jeśli gospodarz miał wyłącznie żyto, mógł zamienić je na mąkę pszenną. Za dwa „metry” żyta (jeden metr = 100 kg) otrzymywał 0,5 „metra” mąki pszennej.

Chleb

Tradycją było, że pieczeniem chleba zajmowały się kobiety. Pół wieku temu było to również ich zajęciem. W wieczór poprzedzający pieczenie chleba przygotowywany był zakwas. Odbywało się to w ten sposób, że moczono w ciepłym mleku bułkę z ciasta z poprzedniego wyrobu, posypywano mąką i pozostawiano na noc w drewnianym naczyniu zwanym dzieżą. Praca przy wypieku chleba rozpoczynała się bardzo wcześnie rano bo już o 2.30. Do wcześniej przygotowanego zaczynu dolewano mleko, maślankę lub wodę, wsypywano mąkę i drożdże. Najczęściej wsypywano mąkę żytnią i pszenną w jednakowych proporcjach. Żeby przedłużyć świeżość chleba dodawano ugotowane ziemniaki. Gospodyni wyrabiała ręcznie zaczyn, który wymagał sporego wysiłku fizycznego. Tak przygotowane ciasto stawiała w dzieży, w ciepłym miejscu. Po wyrośnięciu formowała bochenki, „okulgiwała” w mące, kładła do blaszanych foremek i przykrywała lnianymi ściereczkami. Kiedy ciasto urosło, kładła formy na drewnianą łopatę i wsuwała do wcześniej przygotowanego pieca chlebowego.

W piecu chlebowym rozpalała w czasie wyrastania ciasta w dzieży. Paliła wyłącznie drewnem liściastym. Kiedy cegła w piecu stawała się czerwona, wygarniała ze środka żar i wkładała do wewnątrz ciasto chlebowe, zostawiając niewielką ilość żaru za i przed drzwiczkami. Po zamknięciu pieca następował wypiek chleba. Trwało to do 1,5 h. W trakcie pieczenia nie wolno było otwierać drzwiczek. Wyjęty z pieca, wspaniale pachnący chleb smarowała kawałkiem słoniny, aby nadać skórce połysk. Na wstających rano domowników czekały już bochny świeżego chleba, ogrzany świeży twaróg i zsiadłe mleko.

Kręcenie torfu

Wykopany torf polewano wodą dla utrzymania właściwej wilgotności. W pobliżu tak przygotowanego „błota” ustawiano „kręciek”. Była to maszyna napędzana konno, która po załadowaniu błotem, prasowała je na „cegły” (nazywane też „pecynami”). Odnoszone do suszenia, ustawiano w „piątki” lub „ósemki”, bezpośrednio na łące. W zależności od stopnia wysuszenia cegieł przekładano je, zamieniając miejscami. Wysuszone trafiały na spód. Po wysuszeniu gotowy opał wywożono do gospodarstwa. „Torfniaki” z czasem napełniały się wodą.

Spojrzeniem moim

Wszystko się zmienia, jednak nie zawsze na lepsze. Postęp w produkcji żywności doprowadził do tego, że nie posiada ona tych walorów smakowych co dawniej. Poszukujemy dawnych smaków potraw, jednak nie jesteśmy w stanie ich odnaleźć. Te współczesne mogą jedynie je przypominać. Warto jednak poszukiwać, bo może kiedyś, gdzieś... ugryziona pajda swojskiego chleba przypomni smak zapamiętany z dzieciństwa.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB