Poniedziałek, 5 grudnia 2016. Imieniny Kryspiny, Norberta, Sabiny

Wojna to największe zło, jakie stworzył człowiek

2014-09-10 14:26:33 (ost. akt: 2014-09-10 14:28:35)
Wojska wermachtu pojawiły się w Żurominie na rowerach 15 września 1939 roku

Wojska wermachtu pojawiły się w Żurominie na rowerach 15 września 1939 roku

Autor zdjęcia: fot. zbiory autora

Podziel się:

Referat przygotowany przez Adama Ejnika z okazji 75. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Wojna wybuchła 1 września 1939 roku. Jako zwiastun lat strachu zagrzmiały działa Schlezwiga Holsteina na Westerplatte i głuche odgłosy bomb w Wieluniu i na przyczółkach mostów tczewskich.
Od 1 września 1939 roku Żuromin stawał się miasteczkiem coraz smutniejszym, coraz bardziej wyludnionym i opustoszałym. Jego mieszkańcy uciekali do rodzin i znajomych na zapadłą wieś.
Koszmar ten w Żurominie trwał 5 lat i 4 miesiące. Już 1 września gdzieś spod Mławy słychać było artyleryjskie wystrzały. Potem nad miastem latały samoloty. Spadły trzy bomby, na szczęście na obrzeżach miasta. Dwie w okolicach żydowskiego cmentarza, jedna na polach między Dąbrową i Wiadrowem. Następnie eskadra samolotów ogniem z karabinów maszynowych ostrzelała miasto, na szczęście nikt nie ucierpiał.
Później przez Żuromin szli ludzie. Na wozach zaprzęgniętych w konie wieźli swój cały dobytek. Uciekali przed wojną, nie wiedząc, że już przed nią nie uciekną. Szli w stronę Płocka, licząc, że tam zatrzyma się niemiecki marsz. Niestety, słabej polskiej armii nie udało się zatrzymać Niemców. Tragicznego września 1939 roku również wielu mężczyzn z Żuromina broniło Ojczyzny w mundurach polskiej armii. 66 z nich zginęło lub zostało uznanych za zaginionych.
Wojska niemieckie do Żuromina dotarły 15 września w piątek około godziny 17. Jak relacjonują świadkowie, do miasteczka od strony Zielunia najpierw wjechał samochód osobowy, a za nim kolumna ciężarówek, załadowanych niemieckimi żołnierzami. Potem do miasta wjechał oddział żołnierzy na rowerach. A po nich niemieckie oddziały nadjeżdżały od strony Kuczborka, Osówki, Poniatowa.
Nasi przodkowie pochowali się w domach ze strachu przed wojną. Jedynie ogrodnik Józef Kółkowski przywitał Niemców z otwartymi ramionami. Później człowiek ten został volksdeutschem. Z wyższością i pogardą wykorzystywał swoje stanowisko podczas lat wojennych, za co spotkała go w 1945 roku straszliwa kara. Zginął zhańbiony.
Ludzie żyli w ciągłym lęku. Rozpoczął się okres wysiedleń, przesiedleń, aresztowań, prześladowań, bicia i poniżania. Okupanci wprowadzili godzinę policyjną, podczas której nie można było wychodzić z domu pod groźbą śmierci, trwała ona od 21.00 do 6.00. Jedzenie można było kupić na kartki, a do dziś babcie opowiadają swoim wnukom, jak w stodołach, ryzykując własne życie, ubijano zwierzęta, żeby mieć co do garnka włożyć.
Niemcy zmuszali mieszkańców do kłaniania się i prac: rąbania drzewa, noszenia wody lub prac porządkowych na terenie miasta. Pracowały również dzieci. Te które nie miały jeszcze 15 lat wyrywały trawę z chodników, zbierały kamienie na polach, czyściły skwery.
Dzieci, które miały ukończone 15 lat, były wywożone na roboty.
Rozpoczęły się też prześladowania Żydów, którym najpierw spalono bóżnicę. Na miejscu pojawiła się żuromińska straż ochotnicza, ale strażakom zabroniono ratować świątyni.
Okupanci znęcali się nad ludnością żydowską. Poniżali ją, bili, obcinali brody. „Nasz Hitler złoty, nauczy nas roboty”, takie słowa kazali wykrzykiwać Żydom Niemcy, gdy pod bronią prowadzili ich na roboty.
W końcu wywieziono 2500 mieszkańców naszego miasta do gett i do obozów śmierci. Te represje przeżyli nieliczni. Przetrwało zaledwie kilkadziesiąt osób. Z 2500. Zniszczono nie tylko ludzi, ale i ich kulturę, która do Żuromina już nie wróciła.
W mieście Niemcy porozbierali domy żydowskie (ok. 30% zabudowań) i zawładnęli majątkiem żydowskim.
Wojnę wycierpieli również Polacy. W Żurominie przesiedlono do lichszych domów prawie 100 osób. Z miasta wysiedlono ponad 300 mieszkańców. Po wojnie oszacowano, że pochłonęła ona, (nie licząc ludności żydowskiej) 297 mieszkańców Żuromina i okolic, którzy w różnych okolicznościach przypłacili ją życiem.
Żuromin zrodził też bohaterów. Część z nich jeszcze żyje. Część niedawno zmarła.

To oni, dziś sędziwi dziadkowie i pradziadkowie, wtedy obrońcy Polaków, bohaterowie spod Monte Cassino, Lenino, Tobruku. Obrońcy Warszawy i zdobywcy Berlina.

Bohaterami byli również żołnierze polskiego podziemia – Anastazy Kołodziejski (Gromek) szef struktur Armii Krajowej obwodu Sierpc, nauczyciel w tajnych kompletach, Stanisław Maryniak (Wichura) bohater kilku brawurowych akcji odbicia więźniów z aresztów w naszym powiecie, Stanisław Byber (Wrzos) nauczyciel Tajnej Organizacji Nauczycielskiej, komendant Batalionów Chłopskich w naszym okręgu, Stanisław Malinowski – wikariusz żuromiński, który wspierał mieszkańców Żuromina, a sam zginął w 1940 roku w działdowskim więzieniu…
I wielu innych…
To byli bohaterowie.
- Ale jak dziś zostać bohaterem – pytają mnie uczniowie, gdy omawiamy lekturę „Kamienie na szaniec”.
- Wtedy Alek, Rudy i Zośka brali karabiny i rozprawiali się z wrogiem. Jak zostać bohaterem, w czasach, gdy nie można wykolejać pociągów, wysadzać mostów, strzelać do wroga? – pytają.
Odpowiadam im niezmiennie od 15 lat.
- Bohaterem można być i dzisiaj. Bohaterstwo czasów współczesnych polega jednak na zupełnie czymś innym. Na szacunku wobec swoich świętości, wobec rodziny i pracy. Na kształtowaniu siebie. Jesteśmy częścią Polski. Kraj ten składa się z 40 milionów takich części, jeśli każda z nich będzie dążyła do doskonałości, wtedy nasz kraj będzie doskonały.
Dziś też nie jest łatwo być patriotą.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB