Poniedziałek, 5 grudnia 2016. Imieniny Kryspiny, Norberta, Sabiny

Żurominianin w Ameryce

2015-03-03 13:34:49 (ost. akt: 2015-03-03 13:37:30)
Amerykańska fotografia Państwa Morozowskich

Amerykańska fotografia Państwa Morozowskich

Autor zdjęcia: fot. arch.

Podziel się:

Dziś w rubryce historycznej przedstawimy dwa artykuły dotyczące emigracji mieszkańców Żuromina w XIX wieku.

Adam Ejnik
a.ejnik@kurierzurominski.pl

I
XIX – wieczny Żuromin nie należał do najzamożniejszych miast. Kojarzyć się raczej może z Obrzydłówkiem – fikcyjną miejscowością nakreśloną piórem Stefana Żeromskiego. Podobnie jak w Obrzydłówku ludzie żyli w nędzy, choroby dziesiątkowały ludność, panował analfabetyzm. Żurominianie jednak znaleźli swoje Eldorado – masowo emigrowali do Ameryki.

Czasy po wielkich narodowych powstaniach – listopadowym i styczniowym – to lata wzmożonej emigracji. Ludność uciekała za granicę z dwóch powodów. Uczestnicy powstań byli prześladowani – groziły im egzekucje, zsyłki. Najczęściej jednak na Zachodzie szukano szczęścia, lepszego życia, dostatku.
Fala emigracji nie ominęła również naszego miasta. Groby powstańców na miejskim cmentarzu mogłyby wskazywać, że emigracja ta miała charakter polityczny, jednak źródła wyraźnie wskazują, że żurominianie najczęściej wyjeżdżali z kraju za chlebem. W Żurominie nie wiodło się ludziom dobrze – panowała bieda, a choroby dziesiątkowały ludność (1867 rok epidemia cholery). Nie dało się godnie żyć z handlu zbożem, końmi, z szewstwa, stolarstwa - zawodów najczęściej uprawianych przez mieszkańców naszego miasta. Ludzie, aby był im lepiej, zaczęli szukać nowych sposobów na życie. Jedni kradli (Żuromin określa korespondent Miastem Rycerzy Księżyca), inni wybrali się na poszukiwanie Krainy Szczęśliwości.
Nasi żuromińscy przodkowie jako cel wyjazdu upatrzyli sobie Amerykę. W niemal każdym domu, jak donosi dziennikarz z Koresspondenta Płockiego, można było zobaczyć gadżety rodem zza Wielkiej Wody. I chociaż wiatr hulał po izbach, na ścianach wisiały amerykańskie obrazy, kuchnie zdobiły młynki, papierośnice, maszyny do szycia z charakterystyczną angielską czcionką. Wielu żurominian miało członków swych rodzin za Oceanem. Pomagali oni swoim bliskim, przysyłając paczki, pieniądze, zapraszali do siebie.

Dzisiejsze śliczna portretowa fotografia, której użyczyli nam Państwo Mrozowscy, pochodzi z początku XX wieku i przedstawia m.in. Ludwika Mrozowskiego (z prawej) oraz Annę Mrozowską (w środku). Zdjęcie wykonano w Chicago.

Czytelników zachęcam do przeszukania swoich strychów, może odnajdą amerykańskie korzenie w postaci starych przedmiotów, czy zdjęć.

II

Obraz XIX - wiecznego Żuromina wyostrza się coraz bardziej. Życie naszych przodków powoli przestaje być tajemnicą.

W poprzednim numerze Kuriera mowa była o emigracji, która dotyczyła w dużej mierze żurominian. Dziś zaglądamy do mieszkań.

Niewielkie miasteczko na granicy dwóch zaborów – rosyjskiego i pruskiego opierało się na dwóch ulicach. Między nimi stał, górując nad miastem, murowany, potężny kościół. Jak ojciec. Wokół niego drewniane domy – zabrudzone dzieci. Dziś uda nam się zajrzeć do tych domostw.
Ściany mieszkań wytapetowane wręcz były obrazami o treści religijnej. Zwierciadła przyozdobione motywami z Wielkiego Tygodnia wisiały w dwóch trzecich domów. Fotografie „amerykanów” w każdym prawie mieszkaniu. Zegary szafkowe kupione w Ameryce lub Prusach, należą do rzeczy już zwyczajnych. Jeno każdy inną godzinę wskazuje, a różnice między nimi dochodzą do dwóch albo i trzech godzin. Nędza mieszka z pewnością w mieszkaniu, którego okien nie zdobią firanki. Wobec tego dziwne wrażenie sprawił w okolicy całej pogląd pewnego bogatego ziemianina rodem wołyniaka, który tu nabył majątek, jakoby idea firanki zawierała sprzeczność wewnętrzną z ideą chłopa.

Warto jeszcze dodać kilka ciekawostek, o których pisał korespondent, a dotyczących mieszkańców miasteczka:
Czupurnego i buńczucznego chłopca przezywano „japończykiem”. Gadatliwą niewiastę, że „mądra” i wygadana nazywają „królową angielską”. Pewnemu skąpcowi dano przezwisko „sytego Pawła”; a włóczędze, słynnemu z siły fizycznej – „mocnego Józefa”. Najsroższą obelgą jest powiedzieć komuś „ty, kalwinie!”. Na zapytanie, jakiego ducha jest mąż Niemiec, czy się spolszczył? Odpowiedź brzmiała: „Toć jada potrawy polskie!”
Pewna kobiecina z niedalekiej okolicy zalewała się gorzkiemi łzami na „wiadomość”, że gdy japończyk wygra i tu przyjdzie, to przywróci pańszczyznę!…

Co prawda relacje korespondenta „Ech Płockich i Włocławskich” nie są zbyt pochlebne mieszkańcom naszego miasta, dają jednak rzeczowy wizerunek naszego Żuromina. Spoglądamy na miasteczko oczyma XIX – wiecznego dziennikarza.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB