Niedziela, 11 grudnia 2016. Imieniny Biny, Damazego, Waldemara

Wspomnienia wojenne Władysława Guza cz. 2

2016-01-04 12:02:59 (ost. akt: 2016-01-04 12:09:09)
Żandarmi pod Lubowidzem

Żandarmi pod Lubowidzem

Autor zdjęcia: fot. Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej

Podziel się:

Dziś prezentujemy drugą część wspomnień wojennych Władysława Guza. Są one świadectwem trudnych czasów II wojny światowej.

Marcin Jabłoński
jablonski.marcin2@gmail.com



Aresztowanie Piotra „Walentego” Guza
21 marca 1941 r.

Pierwszy dzień wiosny. Druga wiosna pod okupacją niemiecką. Dzień ten nie przypominał wcale wiosny. Od czasu do czasu padał deszcz ze śniegiem. Dzień nie zapowiadał wydarzeń, jakie nastąpiły.
Byłem przymusowo zatrudniony jako szofer – traktorzysta w folwarku Brudnice, który znajdował się pod przymusowym zarządem niemieckim. Z rana, jak zwykle zbiórka na placu folwarcznym, gdzie następował przydział do pracy na cały dzień. Od dłuższego czasu nie było pracy ani przy maszynach, ani też przy odkrywaniu kopców z ziemniakami. Kopce te były usytuowane przy zabudowaniach folwarcznych, więc dozwolona była przerwa obiadowa. Na obiad pierwszy zjawiłem się ja, następnie siostra i czternastoletni brat, którzy też musieli pracować w folwarku. Na ostatku przyszedł ojciec. Ojciec wychodząc, oznajmił, że do wsi jechał samochód z funkcjonariuszami gestapo (Geheime Staatspolizei). Nie zdziwiło nas to ani nie zaintrygowało, ponieważ różne samochody przejeżdżały, tym bardziej, że mieszkaliśmy na skraju wsi, przy drogach, które się przecinały. Nie zdążyliśmy siąść do obiadu, kiedy do mieszkania weszło trzech gestapowców. Liczyliśmy, że będą pytać o drogę, jak to nie jeden raz bywało. Stało się coś innego. Wskazując na mnie palcem, jeden z nich zapytał: Peter Guz? Zaprzeczyłem ruchem głowy. Tak samo zapytał, wskazując na ojca. Ojciec potwierdził skinieniem głowy. Jesteście aresztowani, powiedział po niemiecku. Potem jeden z nich krzyknął „Hande hoch”! […]. Dwóch Niemców przystąpiło do rewizji osobistej. Po zrewidowaniu mnie i ojca zrewidowali resztę rodziny. Zapytano po niemiecku gdzie mamy ukrytą broń. Ojciec odpowiedział po polsku do nich, że po niemiecku nie rozumie i nie wie, o co im chodzi. Z krzykiem, przekleństwami przystąpiono do rewizji w domu. Wywrócili łóżka, z sienników wyrzucili słomę, z szafy wyrzucono bieliznę i ubrania. Wyglądało to jak jakiś kataklizm. Szczególnie jednego cechowała gorliwość w poszukiwaniach. Był to typ szczególnie odrażający. Cała twarz pokryta bliznami po oparzeniach, czy przebytej ospie. Okropnie odrażający. Sam jego widok napawał odrazą i trwogą. Rewizja trwała około godziny. Po jej zakończeniu oznajmili, że chcą zrobić rewizję w oborze. Ojciec zwlekał, by do tej rewizji nie doszło. Przecież tam było to, o co im chodziło. Niemcy nie mogli nam wytłumaczyć po polsku, że chodzi im o oborę. My, mimo że rozumieliśmy, udawaliśmy, że nie rozumiemy po niemiecku i nie wiemy, czego od nas chcą. Wyprowadzili nas z domu. Kierowca niemieckiego samochodu podbiegł do oficera z pytaniem, czy ma nas zabrać do wozu. Przecież tam nie będzie tyle miejsca, by nas wszystkich pomieścić. Oficer roześmiał się głośno, odpowiadając kierowcy. Głupstwo! Jeśli znajdziemy broń, to wszyscy zostaną rozstrzelani na miejscu. Ojciec w tym momencie odwrócił się, jakby chciał coś rzec do oficera, lecz uderzeniem kolby automatu został popchnięty w stronę podwórza, gdzie stała obora na bydło i świnie. Matka dotychczas z kamienną twarzą, kiedy oficer powiedział, że wszystkich rozstrzelają na miejscu - zaczęła płakać. Nie wiem, jak ja wtedy wyglądałem, ojciec mój był bardzo blady. W twarzy chyba nie miał kropli krwi.


Rewizja w oborze
Popędzono nas pod szopę. Ustawiliśmy się twarzami do Niemców. Nie spodobało im się to. Odwrócili nas twarzą do ściany. Dało to nam trochę wytchnienia, przynajmniej wzniesione w górę ręce można było oprzeć o mur szopy. Ja stałem z lewej strony. W prawo ode mnie stał ośmioletni brat, dalej siostra i drugi brat, na końcu matka i ojciec.
Obora, obora! Tu będzie nasz koniec, nasza tragedia. Z tyłu za nami sześciu żołdaków niemieckich. Ten odrażający uplasował się za mną. No temu, przynajmniej ręka nie zadrży. Najmłodszy brat, słysząc cichy płacz matki, również zaczął płakać. Jeszcze dziś stoi mi ta scena przed oczyma. Widzę kontem oka, jak śmiesznie podrygują wątłe ramionka mojego brata podczas płaczu. Nie płacz – szepnąłem. Jakby przycichł. Ramiona śmiesznie podskakują do góry. Czy te twoje wątłe ciałko przeczuwa coś, czy to dziecko wie, że za chwilę salwa uspokoi je na zawsze. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co nas czeka. Może lepiej, że nie wiesz. Znajdą to w szopie. To jest pewne. Wystarczy przy wchodzeniu na strych szopy, wyciągnąć rękę dalej, by trafić na to, czego szukali. Za to faktycznie z miejsca rozwalają. Boże! Dlaczego nie dane mi było dobiec prędzej do szopy. Och! Jakże godnie bym przywitał Niemców, a później niech się dzieje, co chce. W głowie kłębią się myśli. Uciekać – nie mam celu. W ucieczce żadnej szansy na ocalenie. Żadnej, nawet nikłej nadziei.

Rewizja na szopie trwa.
Najmłodszy brat stoi przy mnie, jakby instynktownie wsuwa się miedzy mnie a mur szopy. Jakby za mną było ocalenie. Tylko te śmiesznie podrygujące ramiona. Odsuń się – krzyknąłem. Liczyłem, że może jego oszczędzą, przecież to dziecko. Wiecie! Ja się wtedy żarliwie modliłem. O co? O jak najszybszą śmierć, bez męczarni. Oby to było już. Nareszcie Niemcy wychodzą z obory. Ja ich nie widzę, lecz słyszę jak meldują oficerowi, że w oborze nie ma nic.
Nie! Nie! Ja uszom nie wierzę. Nie wiem czy to jest prawdą, czy tylko mi się wydaje. Proszę mi wierzyć, ja chyba piękniejszej mowy w życiu nie słyszałem jak te słowa Niemca „w oborze nie ma nic”. Niemcy popychając nas kolbami automatów, skierowali w stronę domu. Do domu było jakieś trzydzieści metrów. Nie wiem, jak ja szedłem. Mnie się wydawało, że jestem jakimś tworem kadłubowym, który bez rąk, bez nóg leci – płynie w powietrzu. Zapędzono nas do domu. Niemcy już wybierali lepsze rzeczy z ubrań i bielizny, odkładając to na stronę. Były tam między innymi dwa moje garnitury świąteczne, aparat fotograficzny, dwa albumy ze znaczkami filatelistycznymi, wyszywane poduszki na krzesła i inne rzeczy. Ojciec w między czasie powiedział do mnie „Tamto wynieś jak najszybciej”. - Was hast du gesagt? (coś ty powiedział)- wrzasnął jeden z Niemców.
Ojciec chyba zapomniał swojej taktyki, gdyż płynną niemczyzną, okłamując Niemca, oświadczył mu, że nakazał mi złożyć motocykl, który był rozebrany w garażu. Do rozmowy włączyłem się i ja, skwapliwie potwierdzając słowa ojca, włączyła się również matka do rozmowy. U Niemców zapanowała konsternacja.
- Panie majorze, panie majorze! – wykrzykuje jeden z nich – cała rodzina dobrze mówi po niemiecku. Ten stary - wskazując na ojca – mówi pięknym berlińskim akcentem.
Oficer machnął ręką, nic nie odrzekł. Wyraźnie był z czegoś niezadowolony. Czy brak mu było satysfakcji, że nie zostaliśmy tam pod oborą jako trupy, nic nie znaczące zmięte łachmany. Polscy bandyci, jak to oni nazywali.
Oficer, nagląc w pośpiechu, nałożył ojcu kajdanki na ręce. Ja, rzeczy, które zostały odłożone, musiałem zanieść im do samochodu.
Ojciec odjechał bez pożegnania. Płakaliśmy jeszcze długo wszyscy.

Śmierć taty

Dzień 27 lipca 1941 r.
Upał nie do zniesienia. Od rana prowadzę ciągnik z doczepioną wiązałką, kosząc łany żyta przy lasku pod Lubowidzem. Dochodzi godzina jedenasta. Jeszcze tylko kilka okrążeń i będzie koniec. Będzie można w lesie odetchnąć świeżym chłodnym powietrzem. Dojeżdżam do lasku, widzę jak idzie w moją stronę najmłodszy brat. Znów widzę te śmiesznie podrygujące ramiona zanoszącego się od płaczu. Nie wiem, co się stało, co znaczy ten jego płacz?
Podbiega do mnie, podając mi papier.
Telegram: Obóz koncentracyjny Oświęcim. Nie doczytałem. Zrozumiałem wszystko. Biedny mój ojciec. Zacząłem płakać i ja.

Komentarz Marcina Jabłońskiego: Piotr Guz urodził się 28 czerwca 1895 roku w rodzinie Józefa i Agnieszki Guz, w Antoninie Nowym, powiecie lubartowskim, województwie lubelskim (Królestwo Polskie). Przed wybuchem I wojny światowej Guz, jeździł do pracy do Niemiec i do Prus Wschodnich. Pracował w większości na roli. Tam poznał swoją przyszłą żonę Franciszkę Szczepańską pochodzącą z Będzymina, która tak jak on, znalazła się tam na robotach. Po wybuchu I wojny światowej Guz wraz z narzeczoną próbował przedostać się przez linie frontowe do Polski, jednak zamiary te nie powiodły się i zmuszeni byli pozostać w Niemczech przez 4 lata. Po zakończeniu wojny zamieszkał w Brudnicach, gdzie pracował jako osobisty kierowca Władysława Budzicha. Należał do tajnej organizacji „Komitet Siedmiu” (K-7) wchodzącej w skład armii Modlin . Zmarł w 1941 roku w Oświęcimiu. Patrz: T. Manista, W tajnej organizacji „K-7”, W: Kurier Żuromiński. 2014 r., nr 14 (422) s. 12.


Czytaj e-wydanie
Podziel się informacją: 



Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. 

Swoją stronę założysz TUTAJ ". 

Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: kliknij 
Problem z założeniem profilu? Potrzebujesz porady, jak napisać tekst? Napisz do mnie. Pomogę: Ewa Jabłońska

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Forum Radunia #2029115 | 89.66.*.* 18 lip 2016 23:16

    Manista to Ejnik?

    ! - + odpowiedz na ten komentarz