Piątek, 27 maja 2016. Imieniny Amandy, Jana, Juliana

Roboty przymusowe dzieci szkolnych w Bieżuniu w latach 1940-1945

2016-01-27 14:24:46 (ost. akt: 2016-01-27 14:43:43)
Rynek w Bieżuniu lata 40. XX w

Rynek w Bieżuniu lata 40. XX w

Autor zdjęcia: fot. archiwum Muzeum Małego Miasta

Podziel się:

Na podstawie relacji Teofila Grześkiewicza, Władysława Kurowskiego, Zygmunta Sękielewskiego, Klemensa Stryjkowskiego i Aliny Szymańskiej zebranych przez Stanisława Ilskiego i Jadwigę Siedlecką pod koniec lat 90. XX wieku, udało się odtworzyć przebieg robót przymusowych bieżuńskich dzieci w latach 1939 – 1945.

Sytuacja oświatowa

W październiku 1939 r. zakończyły się działania wojenne (…). Nie wiadomo było, jak wyglądać ma oświata – nie wydano jeszcze w tej sprawie zarządzeń. Delegacja nauczycieli z powiatu sierpeckiego pojechała więc do niemieckiego starosty z nadzieją, że wyrazi on zgodę na otwarcie szkół i rozpoczęcie roku szkolnego. Zamiast zgody nastąpiły masowe aresztowania nauczycieli. Do kwietnia 1940 r. wywieziono do obozów koncentracyjnych lub rozstrzelano w pobliskich lasach ok. 100 osób. Na terenie okupowanym otwarto szkoły niemieckie, do których uczęszczały dzieci niemieckich urzędników i funkcjonariuszy oraz folksdojczów.

Szkolnictwo w Bieżuniu

W Bieżuniu wykorzystano w tym celu nowy, drewniany budynek szkoły powszechnej przy ul. Zamkowej (wówczas Młyńskiej), potem zajęło go wojsko, a szkołę przeniesiono do czteroizbowego murowanego domu Zdrojewskich, których przesiedlono, przy ul. Płockiej. Do szkoły tej uczęszczało około 20 dzieci. Uczyła je jedna nauczycielka – Niemka, która zajmowała na mieszkanie jedną izbę. Klemens Stryjkowski zapamiętał spotkanie dzieci polskich i niemieckich na rynku: niemieckie maszerowały pod komendą nauczycielki i na cały głos śpiewały pieśni „... Heili - Heilu...”; polskie – z miotłami na ramionach szły do pracy. Dla małych dzieci niemieckich urzą­dzona została w domu Hipolita Lubińskiego ochronka (żłobek i przedszkole).

Zawiadomienie komisarza

Niemiecki komisarz (Amtskomissar) Springer, który sprawował w Bie­żuniu władzę absolutną, w maju 1940 roku zawiadomił rodziców, że chce zorganizować szkołę dla polskich dzieci. W ślad za tym ogłosił przez sołtysów, że przed urzędem gminy, mieszczącym się w willi Adama Zajdzińskiego (wcześniej Węglewskiego przy ul. Sierpeckiej), w której zamieszkiwał również komisarz, mają się stawić wszyscy chłopcy – Polacy w wieku szkolnym, tj. roczniki 1928-1934. Dzieci, które ukończyły 14 lat (dziewczynki i chłopcy) stawały przed komisją Urzędu Pracy (Arbeitsamt). Kwalifikowano je do robót na miejscu, np. w gospodarstwie rodziców, w sklepach, jako pomoc domową u Niemek lub wysyłano do Niemiec na roboty w fabrykach i u rolników.

„Szkoła” dla Polaków

Około 100 chłopców zebrało się w wyznaczonym terminie obok murowanej szopy od strony ul. Ogrodowej. Nauczycielowi Ignacemu Kołodziejskiemu nakazano nadzór nad całą grupą. Miał on być odpowiedzialny za wykonywanie poleceń komisarza. Komisarz ogłosił, że „da szkołę”, która nauczy ich wszystkiego, co Polakowi jest potrzebne, a jak popracują cały dzień, to nie będą już mieli chęci na żadne wybryki. „Pomocami naukowymi” okazały się miotły, łopaty, wózki, taczki i inne. Narzędzia przydzielono jednorazowo i nie wszystkim. Kto nie dostał worka czy miotły lub komu sprzęt się zużył, musiał przynieść z domu swój własny. Chłopców podzielono na cztery grupy. Każda miała swojego „odcinkowego” – starszego chłopca, wyznaczonego przez nauczyciela Kołodziejskiego. Pierwszą prowadził Zygmunt Sękielewski, drugą – Henryk Liszewski, trzecią –Roman Drządzewski, czwartą – Stanisław Strzałkowski (wszyscy ur. w 1928 r.). Praca trwała od godz. 8 do 15. Zaczęto od sprzątania ulic. Pierwsza grupa sprzątała ul. Sierpecką od posesji gminy do Tryfty; druga – pozostałą część ul. Sierpeckiej, ul. Stodólną i połowę Kościelnej; trzecia – drugą część ul. Kościelnej, Płocką i połowę rynku; czwarta – pozostałą część rynku, Warszawską Mławską i Młyńską. Ulice musiały być utrzymane w stałym porządku, niezależnie od pory roku. Latem dzieci czyściły również rynsztoki i wydłubywały spośród kamieni (rynek i ulice były brukowane) trawę, zielsko, mech oraz odchody końskie i krowie. Rękawic ochronnych nie było, chłopcy wykonywali tę pracę tzw. „skrobaczkami”, które wykonywali z blachy, czasem ze starego noża lub łyżki. Wózkami i taczkami wywozili śmieci poza teren osady. Po ukończeniu pierwszego generalnego sprzątania przydzielono im inne prace: zbieranie kamieni na polach, pomoc przy produkcji torfu, zbieranie kłosów na ścierniskach, wyrywanie zielska z dna rzeki, wypas kóz i gęsi komisarza, prace przy rozbiórce starych domostw żydowskich i wysiedlonych lub przesiedlonych Polaków, sprzątanie ewangelickiego cmentarza i grobu żołnierzy z 1914/15 roku, robienie porządków w stajni i chlewie oraz obejściu posesji komisarza. Zimą od­śnieżali ulice i drogi, palili w piecach w urzędzie gminy, w mieszkaniu komisarza, w niemieckiej szkole, ochronce i w areszcie.

Codziennie, o godzinie 8 rano, podobnie jak pierwszego dnia pracy, chłopcy zbierali się przed urzędem gminy. Ustawiali się w szeregi, sprawdzano listę obecności, a nauczyciel Kołodziejski meldował gotowość do pracy i usprawiedliwiał nieobecnych, przedkładając zaświadczenia lekarskie (inne usprawiedliwienia nie były uznawane).
Komisarz przydzielał pracę, a Kołodziejski rozdzielał zadania na poszczególne grupy. Roboty były uciążliwe i odbywały się bez względu na pogodę. W niedziele i święta nie pracowano. Wakacji nie było. Każdy chłopiec miał w woreczku na plecach prowiant przygotowany w domu – chleb, czasem jajko oraz kawę zbożową, zwykle bez mleka. Zjadali to podczas krótkich przerw w pracy. Nawet pasienie kóz i gęsi było często ponad siły – wyznaczano do tego najmłodszych: dwóch przed i dwóch po południu, a niekiedy tylko po jednym. Opowiada Teofil Grześkiewicz: ... kóz było około 10 i 1 kozioł. Gęsi około 30. Kozioł był agresywny, ponieważ starsi chłopcy usiłowali na nim jeździć. Kiedy opuszczał łeb i ruszał do ataku, uciekałem, gdzie pieprz rośnie. Najtrudniejsze było zapędzanie zwierząt do domu. Kozy biegły w jedną, a gęsi w drugą stronę. Początkowo zupełnie nie mogłem sobie poradzić. Czasem pomagały mi siostry. Kiedy cale stadko przypędziłem z «nauczycielskiej» łąki na podwórko komisarza, trzeba było nagnać zwierzęta do odpowiednich kojców. Jeśli się to nie udawało, groziło tęgie lanie. Do rozbiórki starych domostw kierowani byli więźniowie obozu pracy. Obóz ten mieścił się przy ulicy Kościelnej w domu i na posesji żydowskiej rodziny Beldochów. Więźniowie oprócz rozbiórki domów rąbali drewno odzyskane podczas tych prac. Następnie wyznaczeni chłopcy zanosili i zawozili wózkami porąbane drewno na podwórze kwatery komisarza. Tu układali je za szopą w stogi jak siano. Nad tymi robotami pełnili nadzór niemieccy żandarmi oraz strażnicy – volksdeutsche. Do pracy przy produkcji torfu chłopcy chodzili po kilka kilometrów na „Bąki” pod Adamowo, pod Dębsk (7 km). Czasem pod Dębsk zawożono ich furmanką, a wyjątkowo –samochodem. Odnosili torf od „kręćków” i układali do suszenia, potem ładowali na podwody, które zawoziły go do opalania gminy, niemieckiej szkoły i ochronki, aresztu, posterunku, mieszkań komisarza, żandarmów i innych funkcjonariuszy. Uprzątanie śniegu w każdych warunkach, bez względu na mróz i niepogodę przekraczało nieraz siły dzieci. Nie dostawały one przecież żadnej odzieży ochronnej. Chłopcy pracowali w swoich ubraniach, często w paletkach uszytych przez matki z byle czego. Nie chroniły przed zimnem szmaciane rękawice oraz przemiękające buty. Nic dziwnego, że przeziębienia były nagminne, a odmrożenia nie należały do rzadkości. Jako najtrudniejszą i zagrażającą życiu pracę byli młodociani przymusowi pracownicy wymieniają oczyszczanie rzeki. Polegało ono na ręcznym wyrywaniu zielska z dna i przybrzeża. Pracę tę wykonywało się późną wiosną i jesienią. Zielsko trzeba było wyrwać z korzeniami, a woda w niektórych miejscach była głęboka. Kto nie umiał pływać, topił się. Ratowali go koledzy. Opowiada Zygmunt Sękielewski:.... pewnego razu nie udało mi sie wyrwać szuwaru z korzeniami. Woda była głęboka i zimna. Zanurzyłem się do granic możliwości, ale zielsko urwałem w połowie, dolna część została. Zauważył to komisarz, który pływał łodzią. Popchnął mnie człębkiem (drągiem). Zacząłem się topić. Młodsi chłopcy podnieśli krzyk i płakali ze strachu. Starsi wyciągnęli mnie na brzeg. Komisarz Springer często kontrolował prace chłopców. Był okrutny. Nie oszczędzał również nauczyciela – Ignacego Kołodziejskiego. Podczas prac w rzece prawie każdego dnia pływał łodzią i jeśli mu się coś nie podobało, bił człębkiem po głowach. Na kontrolę innych prac przyjeżdżał bryczką z furmanem, którym był Eugeniusz Witkowski. Komisarzowi towarzyszy­ła nieodłączna suka Maruśka. Wspomina Władysław Kurowski: ... gdy komisarz zauważył, że ktoś się «obija» lub robi coś źle, bił go pejczem lub jałowcowym kijem gdzie popadło lub kazał bić nauczycielowi Kołodziejskiemu. Jeśli zauważył, że Kołodziejski bije zbyt lekko, walił go po głowie, plecach lub ręką po twarzy.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB