Sobota, 3 grudnia 2016. Imieniny Hilarego, Franciszki, Ksawery

KL Soldau – faszystowskie miejsce kaźni. Wspomnienie więźnia 1/2

2016-07-26 16:53:22 (ost. akt: 2016-07-26 16:59:40)

Podziel się:

Żywa, interesująca opowieść 90-latka. O czasach wojny mówi z pietyzmem, ale i szczegółowością, jakby przeżył je wczoraj. Na naszych łamach kolejny debiutancki tekst historyczny. Wspomnienia więźnia obozu w Działdowie Kazimierza Zboińskiego.

„Ilekroć spoglądamy w Otchłań, ona zawsze zagląda też w nas samych…”. W zależności od tego w jaki sposób rozumiemy ową otchłań, powyższe twierdzenie ukute przez Fryderyka Nietzsche’ego może mieć bardzo złowieszczy charakter. Przenieśmy je na grunt hitlerowskiego obozu zagłady, po którym niepewnie stąpa osierocony kilkunastoletni chłopiec - Kazimierz Zboiński. Pogrąża się w otchłani. Są skazani na siebie - niekończące się rozważania dyplomatów na temat przyczyn wybuchu wojny jak i logika działań przeciwstawnych sobie bloków militarnych oraz rzekomo związane ręce decydentów światowej polityki są daleko poza nimi. Liczy się tylko ,,tu i teraz”. Kazik w następstwie niezwykłego zrządzenia losu zostanie jej wydarty, odda za to niewiele – kawałek serca, w miejsce którego Otchłań zostawi zaledwie garść wspomnień. Przędza jego życia liczy już sobie 90 lat, od opisywanych wydarzeń minęło już wiele dziesięcioleci, zmienił się świat, jednakże zapytany o czas Otchłani opisuje zdarzenia jak gdyby wczorajszego dnia…

KL Soldau – obóz pod czarną chorągwią
Hitlerowski obóz w Działdowie umiejscowiony został na terenie przedwojennych koszar III Batalionu 32 Pułku Piechoty, znajdujących się przy ulicy Grunwaldzkiej. Niemal do końca 1939 roku więźniami zaimprowizowanego obozu byli głównie zagarnięci do niewoli oficerowie z załogi modlińskiej twierdzy. Na przełomie 1939 i 1940 roku przeprowadzono prace mające na celu utworzenie tzw. obozu przejściowego. Nazwa „obóz przejściowy” (Durch-gangslager) w znaczącej mierze kamuflowała rzeczywisty charakter placówki, ponieważ jednym z prymarnych celów obozu była stopniowa likwidacja przetrzymywanych w nim więźniów. Literatura pamiętnikarska oraz liczne opracowania historyczne nie pozostawiają wątpliwości co do tego faktu.
Administracyjnie obóz w Działdowie podlegał Urzędowi Bezpieczeństwa z siedzibą w Królewcu. W maju 1940 roku obóz ten przeformowano na wychowawczy obóz pracy, lecz wkrótce nosił znamiona placówki pracy przymusowej dla osób kierowanych doń za przewinienia, które w świetle niezwykle restrykcyjnej dla Polaków niemieckiej judykatury miały charakter karny. Odrębnym segmentem wydzielonym ze struktury organizacyjnej ,,KL Soldau” istniejącym od samego początku jego funkcjonowania był oddział dla więźniów politycznych, których traktowano ze szczególnym okrucieństwem. Wewnętrzną służbę nadzorczą na terenie obozu stanowili funkcjonariusze Policji Porządkowej. Organizacyjnie placówka ta podlegała władztwu SS pomimo nieco innej wewnętrznej struktury porządkowej. Egzekucje więźniów miały dwojaki charakter – pojedyncze oraz zbiorowe. Pojedyncze odbywały się na terenie obozu, najczęściej w piwnicach, natomiast te mające charakter zbiorowy odbywały się w pobliskich lasach. Skazańców rozstrzeliwano przy użyciu broni maszynowej.
W działdowskim obozie przebywał urodzony i wychowany w Żurominie płocki biskup pomocniczy Leon Wetmański, tutaj też został zamordowany przez Niemców 10 października 1941 roku.

Kazimierz Zboiński w obozie śmierci

Kazimierz Zboiński został wyznaczony przez sołtysa Poniatowa do prac przymusowych związanych z budową linii okopów i ziemnych umocnień fortyfikacyjnych w okolicach Olsztyna. Była to tak ciężka fizyczna praca, że jej skutki wnet dały się odczuć na młodym, kilkunastoletnim ciele. Dodatkowo wymagała całodziennego zaangażowania zgodnie z wytycznymi nadzorujących robotników Niemców. Wśród wielu robotników ze zrozumiałych względów dojrzewała myśl, że wykorzystując moment nieuwagi strzegących ich dozorców, przy odrobinie szczęścia można będzie uciec. Do jednej z takich grup, która samowolnie opuściła swoje robocze stanowiska włączył się również młodziutki Kazik. Grupa ta dobrała się w takich sposób, że składała się głównie z mieszkańców okolic Żuromina. W jej skład, poza wspomnianym Zboińskim, wchodzili również Jan Jarzębowski z Będzymina, Kaźmierski z Mojnowa (lub Siemcich) oraz Kacperowski z Rościszewa. Pomimo początkowo dobrego obrotu spraw zbiegów wnet ujęto, nie pozwalając jednocześnie oddalić się im zanadto.
Aresztowano wszystkich a następnie zostali przewiezieni do Działdowa celem dalszego postępowania śledczego. Przekraczając obozową bramę, Kazik zapamiętał umieszczony na jednej z bram wizerunek trupiej głowy. Kolejnym etapem i jednocześnie prologiem do obozowej gehenny było przesłuchanie prowadzone przez trzech mężczyzn. Prowadzący przesłuchanie aresztanta posługiwali się dosyć nużącą metodą, lecz w odniesieniu do zamierzonego celu – bardzo skuteczną. W gruncie rzeczy polegała ona na bezwzględnym i uporczywym pomijaniu wyjaśnień przesłuchiwanego i jednocześnie na upartym przywoływaniu własnej, postawionej już na wstępie tezy. W skomplikowanych warunkach okupacyjnych przestępstwo popełniał każdy, kto chociażby o jeden cal wykraczał poza powszechnie obowiązujące restrykcyjne postanowienia władz niemieckich.
W wyniku ustaleń tej komisji Zboińskiego osadzono w działdowskim obozie, który w świadomości okolicznych mieszkańców zyskał straszliwe miano ,,obozu pod czarną chorągwią”. Rychło też kontury fatalnego czy też innymi słowy wręcz beznadziejnego położenia poczęły się kształtować coraz wyraźniej. Pierwszy akt tego obozowego dramatu był przykładem klasycznego pałowania przez obsługę obozu nowoprzybyłych więźniów. Jednakże na Kaziku liczne razy, które mu wymierzono w trakcie bezładnego biegu wzdłuż szpaleru esesmanów nie zrobiły takiego wrażenia jak widok, który utkwił mu w pamięci na bardzo długie lata. Był to widok zmaltretowanych i wycieńczonych księży. Zboiński został przydzielony do celi, w której znajdowało się między innymi dwóch księży w stanie silnego wycieńczenia organizmu. Wyglądali, jakby właśnie umierali. Warunki panujące w obozie były niezwykle ciężkie i urągały wszelkim normom moralnym, społecznym jak i higienicznym. Posiłki w żaden sposób nie pokrywały dziennego zapotrzebowania organizmu. Ich podstawę stanowiła szara kawa, jeden chleb dzielony na osiem osób, dodatkiem do tego menu były powidła czy też dżem z buraków.

Część 2. za tydzień

Autor tekstu: Marek Oryl

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB