Czwartek, 8 grudnia 2016. Imieniny Delfiny, Marii, Wirginiusza

KL Soldau – faszystowskie miejsce kaźni. Wspomnienie więźnia 2/2

2016-07-26 17:00:56 (ost. akt: 2016-07-26 17:03:32)
działdowo, soldau, obóz śmierci, ss, oryl, zboiński

działdowo, soldau, obóz śmierci, ss, oryl, zboiński

Autor zdjęcia: arch.

Podziel się:

Druga część opowieści o wojennych przeżyciach Kazimierza Zboińskiego. Przypomnijmy: tydzień temu opowieść dotyczyła uwięzienia i wywiezienia do obozu śmierci. Wydawało się, że czeka go śmierć. Jednak Kazimierz żyje do dziś. Jak to się stało?

Uwolnienie
W czasie jednego z apeli w momencie odczytania nazwiska „Zboiński” – Kazimierz zauważył, że wzrok jednego z wachmanów nieustannie skupia się na jego osobie. Przeczucie go nie zawiodło, słusznie przypuszczał, że niebawem dojdzie do rozmowy ze strażnikiem. Nazajutrz ów wachman w towarzystwie jeszcze jednego obozowego funkcjonariusza pojawił się w otwartych drzwiach więziennej celi, po czym zawezwał go do siebie. Kazimierz zauważył wyraźną grozę na twarzach swoich jedenastu współtowarzyszy zatłoczonej celi - nie mogło to zapowiadać niczego dobrego. Młody więzień posłusznie wykonał polecenie wachmana a w jego głowie zaczęło kłębić się tysiące myśli. Ciemnym i ponurym korytarzem przeszli do pustej sali, w której odbywało się strzyżenie więźniów. Znajdowało się w niej tylko krzesło i stół, co bez wątpienia przypominało salę przesłuchań. Zostali sami. Wachman odsunął krzesło i wskazał młodzieńcowi gestem ręki co ten powinien uczynić. Zboiński usiadł.
Strażnik zadawał pytania, których odpowiedź stanowiło potwierdzenie informacji znajdujących się w dokumentacji więźnia. W sytuacji, gdy pomyłka co do personaliów i adresu zamieszkania więźnia nie mogła być już brana pod uwagę, wachman zapytał Kazika, czy w gospodarskiej stodole Zboińskich znajduje się jeszcze huśtawka, na której ten bawił się wraz z rodzeństwem. Nie czekając na odpowiedź wachman wypalił – „Ja wam ją zrobiłem i ja was na niej bujałem”. Stał odwrócony i patrzył w obozowe okno. Nastąpiła chwila ciszy, którą przerwało pytanie wachmana, czy Kazik jest głodny. Zboiński grzecznie odmówił, jednakże mimo to strażnik wyjął już zawinięte w pergamin sute kanapki. Strażnik nalegał, aby ten je zjadł od razu, gdyż w celi mogą mu je zabrać inni więźniowie. Gdy Kazik jadł, wachman rozpoczął swoją opowieść. Na przełomie lat 20. i 30. w czasach szalejącego bezrobocia znalazł zatrudnienie właśnie u Zboińskich, pracował ciężko, lecz za uczciwą i sprawiedliwą zapłatę. Był traktowany bardzo dobrze, stąd też gdy Kazik powiedział, że jego ojciec – Leon skończył życie w obozowym lazarecie, wachman pochylił się nad jego losem. Po pewnej chwili zapytał Zboińskiego, czy chciałby opuścić obóz – odpowiedź mogła być tylko jedna. Wachman zastrzegł, że w takim przypadku musi stosować się ściśle do jego instrukcji, ponieważ to spotkanie jest ich ostatnim i więcej nie będą mieć już ze sobą styczności.
Młodziutki skazaniec był niezwykle zdezorientowany, trudno było mu odgadnąć co właściwie tutaj się wydarzyło. Jednakże w obliczu takiego biegu wydarzeń jego myśli kierowały się nieustannie w stronę rodzinnego domu i młodszego rodzeństwa, za które czuł się odpowiedzialny. Po upływie kilku dni Kazimierz Zboiński został wyznaczony wraz z dwójką innych więźniów do prac przy zbiorze ziemniaków w Księżym Dworze. Zakwaterowanie jak i warunki tam panujące znacząco odbiegały od tych w KL Soldau. Nie minął jednak pełny tydzień, gdy w czasie porannej zbiórki robotników, oznajmiono Kazikowi, że po południu ma się zgłosić do zaimprowizowanej kancelarii po stosowne dokumenty upoważniające go do opuszczenia obozu i powrotu do domu. W drodze powrotnej był trzykrotnie zatrzymywany przez posterunkowych jak i wojskowy patrol, jednakże okazane dokumenty stanowiły wystarczający argument, aby w sposób swobodny dotrzeć do domu.

Powrót do domu
Powrót do rodzinnego gniazda wywołał niesamowitą radość, jednakże wszyscy mieli świadomość, że nadchodząca zima będzie stanowić dla rodzeństwa Zboińskich nie lada wyzwanie. Byli sami, matka zmarła przedwcześnie jeszcze przed wybuchem wojny, ojciec w wyniku donosu trafił do obozu i tam też zakończył życie. Wedle relacji Zboińskiego okupacyjne zimy były tak srogie, że zamarznięte okna Kazik rozgrzewał, podkładając pod nie tlące się kawałki drewna.
Tu pokuszę się o dygresję dotyczącą dalszych losów pozostałych więźniów Soldau. Niestety, okazały się być tragicznymi. Wszyscy uczestnicy ucieczki z przymusowych prac okopowych i zarazem towarzysze obozowej niedoli Kazika zginęli lub zostali zamordowani w hitlerowskich niemieckich obozach koncentracyjnych. Życie wachmana, który ocalił Kazika również naznaczyło nieszczęście. Jako były volksdeutsch tuż po zakończeniu wojny schronił się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zatrudnił się do wiosennych prac rolnych w charakterze robotnika. Pewnego dnia podczas orki ostrze jego pługa zaczepiło o jedyną minę przeciwczołgową, której nie udało się odnaleźć oddziałowi saperskiemu bawiącemu w tamtejszej okolicy dosyć długo. Potworna eksplozja rozerwała go na strzępy, nie szczędząc także konia.

Wedle relacji Zboińskiego pod koniec wojny jego posesję odwiedzał oddział Narodowych Sił Zbrojnych z jego bliskim krewnym Karolem Rakoczym ps. ,,Bystry” w składzie, lecz to już historia na zupełnie inną opowieść….


Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB