Ludzki los

- Zrozumiałem, co to jest żywioł – mówił ze łzami w oczach Grzegorz Barszczewski. Mężczyzna zatacza ręką koło, pokazując wnętrze swojego domu. Stopiony komputer na nadpalonym biurku, ocalałe sprężyny zamiast tapczanu, resztki kuchennych mebli, domowe sprzęty czarne od sadzy. Jedynie ceglany komin sterczy triumfalnie na środku pogorzeliska. To z niego wydostał się ogień. Pożar zabrał Barszczewskim wszystko. W ciągu kilku minut stracili to, na co pracowali całe życie.

Adam Ejnik

a.ejnik@gmail.com

Ogień wydostał się ze starego komina. Zalegająca sadza prawdopodobnie opadła na dno paleniska, tworząc snop iskier, które wywołały ogień. Tyle można wnioskować z wypowiedzi rzecznika żuromińskiej straży Janusza Chylińskiego. Płomienie początkowo chowały się w małym ganku. Nikt nie mógł ich zauważyć. Kiedy urosły, wydostały się z tego pomieszczenia do pokoju telewizyjnego, do kuchni. Rodzina Barszczewskich zabierała się właśnie do obiadu. Był 21 stycznia 2011 roku. Godzina 14.00

[b]Ojciec[/b]

Grzegorz Barszczewski zaczynał właśnie obiad, kiedy z pokoju obok usłyszał zaniepokojony głos syna, że jest dużo dymu. To on zachował podczas pożaru najwięcej zimnej krwi. Wezwał pomoc, wyprowadził z domu najbliższych, pomagał strażakom. Ratował, co jeszcze można było ratować.

Grzegorz Barszczewski, mężczyzna w sile wieku. Wysoki, silny. Pracuje w tartaku. Kilka dni po tragedii nie widać na jego twarzy emocji. Tych emocji również nie widać, kiedy jedziemy do Straszew do spalonego domu. Dopiero na widok pogorzeliska w oczach ojca rodziny pojawiają się łzy. Mężczyzna stara się je ukryć, dyskretnie odwracając twarz.

Widok jest przerażający. Po rodzinnym domu został tylko szkielet, ze sterczącym pośrodku kominem.

– Nie wiem, czy z tego coś będzie – mówi Barszczewski. Głos się łamie.

Na podwórku przed domem stoi zakopcona lodówka, nadpalone meble: regał, tapczan, krzesło. Mężczyzna wprowadza mnie do domu. Na drewnianych drzwiach bieli się napis K+M+B 2011. W środku czernią się ściany. Swąd spalenizny drażni nozdrza.

– Tu nie ma co zbierać – mówi mężczyzna.

– Łazienka – otwiera drzwi Barszczewski – niedawno żeśmy ją remontowali – mówi.

Kuchnia i pokój telewizyjny są zniszczone doszczętnie. Zniszczeń nie widać tak bardzo w pozostałych dwóch pokojach umieszczonych w lewym skrzydle mieszkania. Tam ogień nie dotarł.

Mężczyzna pokazuje jeszcze, co się udało uratować. Otwiera garaż. Wiklinowe koszyki, dywan, regał, jakieś drobiazgi. To wszystko, co pozostało Barszczewskim.

Jeszcze jest pies. Tak stary, że nie słyszy, że przyszliśmy. Pan Barszczewski uderza w budę, żeby pies wyszedł. Nakłada mu jedzenia. Odjeżdżamy.

[b]Matka[/b]

Małgorzata Barszczewska krzątała się w kuchni. Wyjmowała talerze, nakładała obiad. Kiedy usłyszała krzyk, że się pali, jakby ją sparaliżowało. Nie miała siły, by cokolwiek zrobić. Nie miała siły unieść ręki. Z domu pomogła jej wyjść córka. Później zaopiekował się nią lekarz.

Małgorzata Barszczewska, matka rodziny. W poniedziałek kilka pięć dni przed pożarem przyjechała do domu ze szpitala. Była po operacji. Utyka, trzyma się za brzuch. Chodzenie sprawia jej jeszcze ból.

Teraz opiekuje się mieszkaniem zastępczym. Barszczewscy po pożarze zamieszkali w Zieluniu nad ośrodkiem. Trzypokojowe, obszerne lokum z ogrzewaniem i ciepłą wodą. To mieszkanie przydzielił im wójt Ziółkowski. W mieszkaniu było tylko łóżko i kilka krzeseł. Jeszcze pierwszego dnia wójt przywiózł im tapczan. Wnosił go razem z Barszczewskim na piętro. Natychmiast również pojawili się mieszkańcy Zielunia.

– Przynosili wszystko – mówi Barszczewska – od najdrobniejszych przedmiotów, coś do jedzenia, coś do kuchni, łazienki po meble. Szczególnie dziękujemy pracodawcy męża, który zajął się nami po pożarze.

Były też pieniądze. Każdy stara się pomóc jak może. Szkoły organizują składki, radni oddają swoje diety, zbiórki ogłasza się w kościołach.

– Jeszcze dziś była delegacja z liceum żuromińskiego – mówi kobieta – Była młodzież, był dyrektor – wspomina.

– Przekazali nam pieniądze – dodaje.

Małgorzata Barszczewska zaraz wyjmuje zeszyt.

– Tu zapisuję każdy grosz, który przynoszą ludzie – mówi – ze wszystkiego się rozliczę. Za wszystko podziękuję – przekonuje.

– Ludzie są naprawdę dobrzy – mówi kobieta drżącym głosem – drzwi u nas się nie zamykają, stale ktoś wchodzi i nam coś przynosi. Do dziś.

[b]

Dzieci[/b]

Ewa, Ania i Paweł Barszczewscy. Ania i Paweł podczas pożaru byli w domu. Siedzieli w pokoju telewizyjnym. Najbliżej pomieszczenia, z którego wydostał się ogień. To Paweł zauważył dym i zaalarmował najbliższych. Ania o pożarze dowiedziała się, kiedy szła z przystanku do domu. „Wasz dom się pali”, miała krzyknąć jedna z sąsiadek. Ania nie wierzyła.

Ewa i Ania Barszczewskie to licealistki. Uczą się w Liceum Ogólnokształcącym w Żurominie. Są pilnymi uczennicami. Ewa w tym roku zdaje maturę. Przyszłość swą wiąże z ekonomią.

Dziewczyny w jednej chwili straciły wszystkie swoje ubrania, książki. Nie miały w czym iść do szkoły, z czego się uczyć.

– Teraz jest lepiej, ale na początku czułyśmy się zagubione – mówi Ewa – Czas już wrócić do rzeczywistości – dodaje.

Paweł jest najmłodszym z rodzeństwa. W tym roku przystępować będzie do Komunii Świętej. On najmniej przejął się całą sytuacją. Żyje w swoim dziecięcym świecie.

Świecie, który znosi to, co daje los.

Rodzina Barszczewskich do Straszew przeprowadziła się w maju 2009 roku. Zadłużyli się, ale mieli swój wymarzony dom. Dobrze im się mieszkało w Straszewach. Czuli się tam, jak u siebie. Chwalili sobie sąsiadów i w ogóle społeczność tej wioski. Od stycznia 2011 roku mieli zacząć życie od nowa. Tego życzyli sobie przy sylwestrowym stole. Dług udało się spłacić. Życie należało do nich.

21 stycznia żywioł zabrał Barszczewskim niemal wszystko.

Niemal. Bo nie zabrał im miłości i determinacji.

– Dom odbudujemy – mówi Grzegorz Barszczewski – wrócimy do Straszew.

 

Dodaj komentarz

Kliknij by dodać komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.