Zieluń. Karetka dojechała za późno

Zmarł 33 – letni mieszkaniec Zielunia. Pozostawił żonę i małe dziecko. Sąsiedzi są oburzeni akcją służb medycznych. Ich zdaniem zbyt długie było oczekiwanie na karetkę pogotowia. – Jestem w stanie udowodnić, że nie było żadnych niedociągnięć ze strony pogotowia – mówi dyrektor szpitala Zbigniew Białczak.

Joanna Stachowicz

joasia892@wp.pl

Tragicznie skończył się rok dla jednej z rodzin w Zieluniu. 33 – letni mężczyzna, który zasłabł przed swoją posesją po pięćdziesięciu minutach zmarł. Zdaniem sąsiadów wezwana karetka pogotowia potrzebowała, żeby przyjechać do Zielunia czterdziestu minut. Kiedy przyjechała, było zbyt późno, żeby ratować mężczyznę. Tymczasem trwała tragedia na środku ulicy. Leżącego na drodze mężczyznę reanimował strażak ratownik. 33-latek już oddychał, a młody strażak podtrzymywał go przy życiu.

– To co się działo to jest nie do opisania, wszyscy nerwowo wypatrywaliśmy pogotowia i dzwoniliśmy kilka razy, żeby jak najszybciej przyjechali – relacjonuje jedna z sąsiadek.

– to było straszne, było już szaro, a ten biedak leżał na kocu i po dziesięciu minutach pod przyjazdu pogotowia zmarł – mówi ze łzami w oczach sąsiadka i pokazuje miejsce, w którym doszło do tej tragedii.

Rodzina, sąsiedzi i niektórzy mieszkańcy są zbulwersowani zbyt długim oczekiwaniem na pomoc oraz ich zdaniem nieprzyjemnym zachowaniem lekarza.

Jedna z sąsiadek przekonuje z zegarkiem w ręku, że pomoc jechała do Zielunia ponad 40 minut.

– 16.04 wzywana była karetka pogotowia, a przyjechała o 16.45, to jest karygodne – mówi – A jak dzwoniliśmy żeby zapytać, co tak długo, to dyspozytorka straszyła nas policją.

[b]Nie przekonały też zielunian tłumaczenia lekarza, że warunki nie pozwalały szybciej przyjechać.[/b]

– Było ślisko – przyznają sąsiedzi, ale zmierzyliśmy czas przejazdu własnym samochodem i zrobiliśmy to w 15 minut przy niezbyt szybkiej jeździe, gdyby więc karetka dojechała szybciej może człowiek by żył – mówią z żalem sąsiedzi.

[b]

Dyrektor szpitala nie znalazł uchybień [/b]

Dyrektor szpitala Zbigniew Białczak osobiście odsłuchał nagranie z akcji ratowniczej w Zieluniu od momentu wezwania karetki oraz przejrzał zapisy dotyczące tej sprawy. – Po minucie od wezwania pogotowia do pacjenta z Zielunia ratownicy byli już w karetce i jak wynika z zapisów w dokumentacji dojechali po 20 minutach – stwierdza dyrektor Białczak. – Jestem poruszony tą sytuacją, ale nie mam żadnych zastrzeżeń, co do tej akcji. Mam nagranie i jestem w stanie udowodnić, że nie było żadnych niedociągnięć ze strony ratowników – mówi dyrektor. Dodaje też, że tego dnia było ślisko, a czas dojazdu karetki był dobry. Dyrektor zapoznał się też z dokumentacją medyczną, z której wynika, że w momencie, kiedy karetka dojechała u mieszkańca Zielunia funkcje życiowe ustały, jednak lekarz podjął akcję reanimacyjną. Pacjenta nie udało się uratować.

Dla rodziny, sąsiadów i wszystkich świadków tego tragicznego zdarzenia pozostał żal po młodym mężczyźnie, mężu i ojcu, którego nie udało się uratować. Nic nie złagodzi ich bólu.

 

Dodaj komentarz

Kliknij by dodać komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.